piątek, 10 lipiec 2009

Plan Tuska to popłuczyny po moim

Motto:
Ja mogę Tuska przeszkolić, bo on nie wie co mówi. Nie ma zysku NBP, jest tylko rezerwa rewaluacyjna (...) Gdy ja przedstawiłem ten plan, PO nazywała mnie populistą. A dziś? Uuu, jaki ten premier Tusk jest dobry dla nas, bo nie chce nam podnieść podatków.
Lepper. (źródło i całość)

Portale informacyjne serwują nam dzisiaj krótką serię relacji o intensywnych pracach rządu nad stanem finansów państwa. Poza dość interesującym tekstem zawierającym powyższy cytat, mieliśmy twórcze rozwinięcie pomysłu - w skrócie: jeżeli NBP nie będzie chciał, odbierzemy siłą. Czyli nawet retoryka jakby znajoma. Czy jutro przeczytamy w czołowych europejskich dziennikach wypowiedzi naszych "autorytetów" o próbie zamachu na niezależność banku centralnego, a więc w swej bezwzględnej istocie - porządek demokratyczny państwa? Sorry, to był taki żarcik ;) Będzie sielsko i anielsko. Ewentualnie kolejne zachwyty nad kandydaturą J. Buzka w prasie... rosyjskiej. Balcerowicz musi... najwyraźniej milczeć.

Mam nadzieję, że "w tzw. międzyczasie" do świadomości zawiadujących polskim budżetem "fachowców" dojdzie kilka faktów. Począwszy od tego, że NBP w oparciu o ustawę regulującą jego działalność corocznie przekazuje środki na rzecz budżetu państwa (zależnie od wysokości zachowanej rezerwy zabezpieczającej kurs złotówki przed niespodziewanymi wahaniami), przez fakt, iż zysk za rok 2009 oblicza się po 31 grudnia - po drobiazg: decyzje w tej sprawie podejmuje 10-osobowa Rada Polityki Pieniężnej. Głos prezesa NBP liczy się w tym gremium podwójnie. Nic więcej. O wpływie lipcowych dywagacji na temat wysokości zysku NBP za cały bieżący rok na niebezpieczeństwo spekulacyjnego ataku nawet nie ma co wspominać.

Przy okazji przewinął się motyw próby odstąpienia D. Tuska od pomysłu na podwyższenie podatków. "Czemuż ach czemuż" - chciałoby się spytać. Może rząd w 2010 chce wprowadzić reformę finansów publicznych? Nic o tym nie słychać. Zmienić ministra finansów ze specjalisty od spekulacji na rynkach na kogoś w najmniejszym stopniu zorientowanego w tychże finansach? Również nie. Dla odmiany mamy dwie informacje:
Już wiadomo, dlaczego Donald Tusk tak rozpaczliwie broni się przed podniesieniem podatków dla ratowania dziury budżetowej. By nie pogrzebać szans swoich i Platformy Obywatelskiej w nadchodzących wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Sondaże są dla niego bezlitosne. (...) Jak zaraegowaliby wyborcy, gdyby rząd Donalda Tuska podniósł w przyszłym roku podatki? Poparcie dla PO natychmiast spada o 12 proc., a partia Jarosława Kaczyńskiego zyskuje 4 proc. O tyle samo wzrosłoby poparcie dla SLD, a notowania PSL pozostałyby bez zmian.
(źródło i całość)
500 najbiedniejszych gmin w Polsce może stracić pieniądze, dzięki którym zaczęło się coś w nich dziać. W ramach oszczędności wykreślono z budżetu pieniądze na program społeczny Banku Światowego.
(źródło i całość)

Trudno rządowi odmówić konsekwencji - polskimi finansami od początku kadencji zawiaduje przysłowiowy już "towarzysz sondaż".

Pozostaje powtarzanie pytań wciąż pozostajacych bez odpowiedzi.

- dlaczego rząd utrzymując wprowadzoną przez PiS obniżkę podatków i składki rentowej nie wprowadził chociaż kadłubowej reformy finansów publicznych? (projekty Z. Gilowskiej zostały ponownie złożone do Sejmu tuż po wyborach 2007). W efekcie - polski system finansowy został pozbawiony jakiegokolwiek zabezpieczenia przed okresowym spadkiem dochodów wynikającym z obniżki podatków.

- dlaczego rząd zarzucił prace nad adaptacją projektów Gilowskiej (reforma finansów publicznych), które od stycznia 2008 prowadził prof. Gomułka? Sam fakt, że były prowadzone oznacza, że ktoś uznał, iż warto nad nimi pracować.

- dlaczego odrzucił propozycję ponadpartyjnej współpracy nad pakietem antykryzysowym, jaką we wrześniu 2008 zgłosiło PiS - wyśmiewając opozycję z tekstem, że żadnego kryzysu nie ma i nie będzie? - "nie straszcie Polaków!"

- dlaczego rząd nie zareagował do dzisiaj na kredytową spiralę w sektorze publicznym, którą spowodował beznadziejnie wykonany budżet 2008? (wiele jednostek nie otrzymało pieniędzy za listopad i grudzień)

- dlaczego, mimo zgodnej krytyki tzw. "analityków finansowych", przyjął budżet 2009 z kosmiczną prognozą wzrostu PKB - 3,7%?

- dlaczego, gdy w lutym było wiadomo, że co najmniej trzykrotnie przestrzelili, nie znowelizowali budżetu do dzisiaj - pogłębiając wszystkie negatywne zjawiska?

Winny pozostaje oczywiście "socjalista" Kaczor, który wbrew sugestiom "liberalnych" polityków, czy dziennikarzy nie zamierza przykładać ręki do podwyższania danin na rzecz państwa. W ogóle, jak spojrzeć zarówno na planowane działania (?) rządu oraz tok myślenia prezentowany zarówno przez Rostowskiego, jak i dziennikarzy "G.W."(np. K. Niklewicza), "liberalizmem" wieje jak cholera:

- skoszenie ze spółek 5 mld ma mieć istotne znaczenie, gdy dziennikarz "G.W." wielkość "dziury Rostowskiego" szacuje na 30-40 mld (przypominam, że - doświadczony w podobnych prognozach - J. Bauc w lutym mówił o 54 mld)

- pisząc o ww. wielkościach, komentatorzy teoretyzują na temat zwiększenia deficytu - ale właśnie to ta dziura jest realnym deficytem, a nie wielkość zapisana w ustawie, która niemal już została dzisiaj osiągnięta (w połowie roku deficyt zaplanowany na cały rok)

- teoretyzują również na temat zadłużania, jako niebezpiecznej alternatywy, gdy po zabiegach rządu Międzynarodowy Fundusz Walutowy otworzył linię kredytową dla Polski (poza nami z tego mechanizmu korzysta tylko Meksyk), co premier skomentował w kwietniu następująco:
linia kredytowa w MFW powinna zakończyć debatę nad polityką budżetową
(źródło i całość)

Obawiam się, że od jakiegoś czasu to już przestało być śmieszne.

niedziela, 5 lipiec 2009

Szkoła Myślenia Politycznego

Dzisiaj zapowiadany w poprzedniej notce wywiad z dr Piotrem Gontarczykiem, historykiem i politologiem, wicedyrektorem Biura Lustracyjnego Instytutu Pamięci Narodowej oraz współautorem - wraz z dr Sławomirem Cenckiewiczem - publikacji "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii". Tematem wywiadu jest stan publicznej debaty o najnowszej historii Polski. Przeprowadziłem go dla Blogmedia24.pl i "Zeszytów Karmelitańskich".

Na wstępie chcę podkreślić, że jest to właśnie wywiad, a nie polemika. Przykładowo, wielokrotnie artykułowałem własne poglądy na temat konieczności oddzielenia politycznych ocen decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego oraz stopnia gotowości Armii Krajowej do jego przeprowadzenia od świadomości, że Warszawa '44 przypominała "beczkę prochu" - zwłaszcza po spontanicznym społecznym bojkocie zarządzenia gubernatora L. Fischera nakazującego stawienie się 100 tysiącom warszawiaków rankiem 28.07.1944 w celu budowy fortyfikacji niemieckich na "powitanie" sowietów w stolicy. Podobnie rozdzielam polityczne analizy od szacunku dla kultywowania pamięci bohaterskich Powstańców i przekonania do głębokiego sensu popularyzacji ich czynów. Tematem tego tekstu nie są jednak poglądy moje, lecz doktora Gontarczyka - z pewnością bardziej interesujące. Zapraszam do lektury.

---------- II ----------

F. Czy zauważa Pan jakąś dynamikę dotyczącą zakresu swobody prezentacji faktów historycznych w Polsce od roku 1989 do dzisiaj? Jeżeli tak, to jaką?

P.G. Korelacja pomiędzy zmianami zakresu swobody badania i prezentacji historii najnowszej Polski o sytuacją polityczną jest bardzo widoczna. Na początku, od 1989 r. historię spychano na margines, ucząc Polaków zbiorowej amnezji. Pierwsze wyłomy w "pookroągłostołowym" systemie spowodował rząd Jana Olszewskiego i lista Macierewicza. Po niej wiele kwestii związanych z badaniem przeszłości nie można już było zamieść pod dywan. W czasach rządów AWS powstał Instytut Pamięci Narodowej. Kolejny okres poszerzania granic wolności to lata 2005-2007 r. Ostatnie dwa lata to odwrót od wolności badań naukowych i kurs w kierunku czegoś, co dziś Stefan Kisielewski nazwałby "dyktaturą cynicznych ciemniaków".

Czy jest możliwa "apolityczna" - w sensie: pozbawiona politycznych afiliacji - prezentacja historii?

To bardzo trudne, bo wszystko, co wiąże się z interpretacją historii (szczególnie najnowszej) wiąże się z polityką. Proszę zobaczyć ile jest kontrowersji w sprawie badań naukowych (lub czasem cudacznych ich interpretacji) dotyczących początków chrześcijaństwa. To samo jest z historią najnowszą. W jakiejś rozmowie dotyczącej A. Michnika i sprawy marca 1968 r. powiedziałem, że uciekam już od tematów wiążących się z bieżącą polityką, bo mam na tapecie dwie książki: jedna o żydowskich skrajnych narodowcach w latach 30-tych, a druga o komunistach w Polsce w latach 1944-1948. Na to rozmówca odpowiada: czyli dalej Adam Michnik. Lata 30-te po to, żeby "dokopać" jego ojcu, że był komunistą (tak widział genezę mojej książki), a w latach 40-tych, też, żeby zaatakować formację polityczną prezentowaną wówczas przez rodziców Michnika. No niestety, historia najnowsza wszystkim się 'kojarzy". Jest też polem eksploracji rozmaitych ideologii, sił politycznych czy wręcz szemranych koterii, które w niej usiłują znaleźć swoją legitymację. Hasło: "zostawcie historię historykom", w świetle tego, co działo się po wydaniu naszej książki o Wałęsie, brzmi w Polsce nieco niedorzecznie. Ale to nie zmienia faktu, że historyk musi robić swoje.

Właśnie - powoli przebrzmiewają echa związane z publikacjami: Pańską i S. Cenckiewicza oraz P. Zyzaka. Czy w kontekście tego wszystkiego, co się przez ostatnie kilkanaście miesięcy działo - i dzieje w dalszym ciągu - uważa Pan, że możliwe jest sprowadzenie dyskusji na temat historii najnowszej, skoro nie do formy "apolitycznej", to choćby odrobinę bliżej meritum, a jeżeli tak - co byłoby ku temu niezbędnym warunkiem - poza wymianą pokolenia historyków i publicystów oczywiście.

Jestem skrajnym pesymistą. Istotę problemu polskich nauk historycznych XXI wieku dobrze ukazuje sprawa ataków na książkę o Wałęsie przez ludzi z profesorskimi tytułami zanim się jeszcze wspomniana praca ukazała. To tylko symptomatyczna wizytówka dość powszechnej nędzy intelektualnej środowiska luminarzy polskiej nauki. Tu wymiana pokoleniowa nic nie da, bo pokolenie "elit" PRL nie zniknęło, tylko powiela samo siebie na obraz i podobieństwo swoje. Kto ma młodych historyków nauczyć niezależności w myśleniu, walki o prawdę i wiarygodność nauki? Byli aktywiści PZPR? Nie będzie też żadnej dyskusji z tezami książek podważających lub wręcz demistyfikujących historyków z obowiązującego mainstreamu. Bo przeciwnik jest zbyt silny: ma media i placówki naukowe. Może bez żadnych problemów stosować, zamiast siły argumentów, argumenty siły.

Czy w świetle burzy, jaką w tzw. "środowisku gdańskim" wywołała Pańska krytyka książki P. Zyzaka na łamach "Rzeczpospolitej" oraz argumentów przytaczanych w obronie tej publikacji, zmienił Pan opinię w którejś z kwestii, którą uważał za zdecydowanie słabą stronę książki?

Nie wiem dokładnie, jaką burzę wywołała moja krytyka książki Zyzaka. Ale docierają do mnie rozmaite głosy. Najrzadziej rzeczowe polemiki. Częściej wyzwiska, nazywanie mnie kolaborantem, oportunistą itp. Nie widzę powodów do zmiany stanowiska. Jeżeli ma się pretensję np. do środowiska "GW" że nieustannie posługuje się historycznym fałszem, to samemu trzeba zachować inny poziom. Po "drugiej stronie" powinna być niezbędna debata a przede wszystkim kontrola jakości. Ponieważ tej ostatniej w książce Zyzaka zabrakło, jestem wobec niej bardzo krytyczny. Narobiła wiele szkód w przestrzeni publicznej i kwestii wolności nauki. Zważywszy na to, co działo się potem wokół IPN wychodzi na to, że miałem rację.

Jak by więc Pan skomentował skuteczność instrumentalnego podejścia do debaty nad wyżej wymienionymi publikacjami, której faktycznym celem było deprecjonowanie Instytutu Pamięci Narodowej?

Kampania kłamstw, oszczerstw i insynuacji okazała się skuteczna. Wychodzi na to, że jeśli ma się w ręku silne media, można zrobić z rzeczywistością dosłownie wszystko. Nieustanne "pałowanie" obrzucanie wyzwiskami i deprecjonowanie tej ważnej instytucji spowodowało jej znaczący spadek autorytetu i odwrót części Polaków od zainteresowania przeszłością. Można było tego uniknąć, ale alternatywą było "nic nie robienie".

Czy w tej sytuacji zauważa Pan aktualnie jakieś symptomy "mięknięcia" IPN pod nieustannym naciskiem - np. zarzucanie, nie podejmowanie lub podejmowanie konkretnych – innych, niż wcześniej zakładane - inicjatyw badawczych?

Na razie takiego zagrożenia nie widzę. Ale karty w sprawie przyszłości Instytutu i tak są rozdane, więc trzeba zrobić do końca 2010 po prostu co się da.

Przy okazji pracy nad "Przyczynkiem do biografii..." z pewnością zetknęli się Panowie z postacią TW "Delegat". W jakim kontekście - czy jego tożsamość została zweryfikowana, tylko z tzw. "przyczyn środowiskowych" się ją zataja, czy nadal wątpliwości są zbyt duże, by z pełną odpowiedzialnością "postawić kropkę nad i"?

Tu kłopot polega na tym, że nie ma w tej sprawie klasycznych dokumentów, które pozwoliłyby na proste połączenie pseudonimów z nazwiskiem. KO "Delegat" vel "Libella" był bowiem agentem nierejestrowanym. Ale treść dokumentów dość jednoznacznie wskazuje, o kogo chodzi i niedługo w tej sprawie ukaże się stosowna, oddzielna publikacja Instytutu.

Wracając do historii najnowszej w dalszej perspektywie czasowej - co Pańskim zdaniem można zrobić dla spopularyzowania historii niepodległościowego podziemia i losów żołnierzy AK po 1945 r.? Z jednej strony są, podobno "kontrowersyjni" - jak kładziono ludziom do głów przez całą komunę - Żołnierze Wyklęci np. z WiN, a z drugiej bohaterowie z powstańczych batalionów, o których losach po "wyzwoleniu Polski" wciąż mówi się niewiele, a na lekcjach historii poprzestaje na realiach "Kamieni na szaniec".

No, tu to Pan chyba myli epoki. W PRL żołnierze powojennego podziemia byli po prostu bandytami. "Kontrowersyjni" stali się dopiero w latach 90-tych III RP, kiedy przestali być wspomnianymi bandziorami. Prof. Krystyna Kersten napisała w jednej ze swoich książek mniej więcej tak: "ktokolwiek napisze prawdziwą historię powojennego powojennego zbrojnego podziemia, to nie będzie tam przykładów godnych do naśladowania". Znam wielu ważnych historyków, którzy i dziś nazywają strzelanie do komunistów "mordem bratobójczym" albo "zbrodnią". Ten trend nie pozwala na zrewidowanie kłamstw wypisywanych od 20 lat w podręcznikach szkolnych. Zwracam uwagę, że z drugiej strony informacje o zbrodni w Jedwabnem, choć fałszywe, trafiły do podręczników szkolnych już rok po ukazaniu się książki J. T. Grossa. Takie czasy.

Nie chodzi o epoki – raczej o odbiór społeczny, niezwiązany z oficjalną linią państwa. Żołnierzy AK wszak również próbowano sprowadzać do roli bandytów - ze znacznie mniejszym powodzeniem, niż w przypadku WiN, czy NSZ. Nie zmienia to faktu, że powszechna wiedza nie tylko o niepodległościowym podziemiu po 1944 r., ale nawet o powojennych losach wielu akowców katowanych np. przez "wyzwolicieli" z KBW jest skąpa w podobnym stopniu. Tu leży problem. Co z tym można zrobić?

Wydaje mi się, że akurat w tym zakresie z badaniami naukowymi nie jest tak źle. Ale nie to jest tu chyba najważniejsze. Istotniejszym problemem jest to, według jakich kryteriów i kto decyduje w Polsce o kształcie podręczników. Jeszcze poważniejszy problem to kwestia tego, czy państwo polskie, czy polskie szkoły zainteresowani są popularyzacją wiedzy o historii Polski i wychowywaniem młodego pokolenia w duchu patriotyzmu i szacunku dla wspólnoty obywatelskiej. Dla ludzi formatu intelektualnego pani Katarzyny Hall i w ogóle, generalnie mainstreamu, istotniejsza jest chyba edukacja (często specyficznie pojmowana) europejska i seksualna. Moja szkoła podstawowa w PRL dbała o to, żeby w stosownym miejscu wisiały polskie symbole narodowe. Teraz ważniejszą kwestią niedługo będą automaty do prezerwatyw.

Jak postrzega Pan związek między znajomością historii własnego narodu i państwa, a poczuciem polskiej podmiotowości? Wiem, że z pozoru jest to powielanie banału o znaczeniu znajomości historii dla narodowej tożsamości. Mam na myśli coś innego - świat "idzie na przód", więc i patriotyzm powinien opierać się na asertywnej podmiotowości, nie sprowadzając się wyłącznie do rytualnego odtwarzania kolejnych narodowych "Dziadów". Chodzi mi więc o Pańską opinię na temat możliwych sposobów prezentacji prawdy historycznej w formie budującej ww. podmiotowość (oczywiście łatwym przykładem jest Muzeum Powstania Warszawskiego, jednak nie wszystkie historyczne motywy można przedstawić w ten sposób i, przede wszystkim, za takie pieniądze).

Spór chyba nie toczy się o to, czy sięgać w wychowaniu młodego pokolenia po historię, tylko po co sięgać i jak uczyć. W tym jak, to myślę, że trzeba byłoby częściej, przy takich wydarzeniach, jak Powstanie Warszawskie stawiać pytania o bilans: kiedy, jak i za ile? Brakuje mi w tym opiewaniu polskich tragedii szkoły myślenia politycznego. A ponadto myślę, że mamy w historii wiele wydarzeń i postaci, których opiewanie w żadnej mierze nie hamuje "marszu do przodu", bo niesie za sobą wartości uniwersalne. Nie dam się przekonać że wojna 1920 r. ma wymiar tylko polskiej, "kolejnej wojenki z moskalem", bo gra toczyła się o dużo ważniejsze rzeczy. Nikt mnie również nie przekona, że tacy ludzie, jak Danuta Siedzikówna czy Rotmistrz Pilecki uczą nas wyłącznie "słodkiego umierania za Ojczyznę".

Zgoda. Interesująco brzmi ten motyw "szkoły myślenia politycznego". Jakie narzędzia jednak, Pańskim zdaniem, możemy wykorzystać do uprawiania takiej nauki? Zwłaszcza w kontekście takich wydarzeń, jak Powstanie Warszawskie, w przypadku którego ocena bardzo wielu faktów w dużym stopniu jest uzależniona od ich interpretacji, czyli czynnika subiektywnego - mam na myśli np. ocenę działań różnych frakcji w Polskim Państwie Podziemnym i samym Londynie, czy znaczenia działalności sowieckiego wywiadu w brytyjskich agendach rządowych. Jaki w takiej sytuacji miałby być klucz określający "myślenie polityczne"? Rzecz do prostych nie należy. Co Pan proponuje?

Proponuję na przykład, żeby uczyć o Powstaniu poprzez wspomniane przez Pana kontrowersje polityczne. Niech młodzi ludzie przeczytają, co kto mówił o Powstaniu przed lub w chwili jego wybuchu i niech sami spróbują podejmować decyzje. Niech ważą, mierzą, szanse, korzyści i zagrożenia. Wcale nie będzie im łatwiej od swych dziadów bez względu na to, że znają końcowe skutki. Ale muszą znać tekst pt. "Ekonomia krwi", który o ewentualności Powstania w Warszawie rok przed jego wybuchem (!) ostrzegał, że taka awantura może się skończyć tylko rzezią najwartościowszej młodzieży i w ogóle katastrofą. Na razie edukacja polega na przedstawiani głównie argumentów "za" i odpowiadania realistom (lub sceptykom, jak kto woli), że to samo co oni mówili przez 50 lat komuniści. Nie wiem czy to dobry sposób na uczenie politycznego realizmu i nowoczesnego patriotyzmu.

Jak postrzega Pan zdolność tzw. środowisk prawicowych do realnej realizacji swoich priorytetów, szczególnie w zakresie historii i kultury? Do tego nie jest wymagana większość parlamentarna.

Bez zdobycia władzy będzie bardzo ciężko. Polska to niestety nie USA. U nas tradycyjne elity zostały wytępione i spauperyzowane, a obywatele pozbawieni mienia i podmiotowości. Obawiam się, że bez władzy politycznej prawica ma niewielkie szanse na znaczący wpływ na świadomość Polaków. W dzisiejszym świecie bez większej ilości wartościowych mediów, bez Społeczeństwa (tego przez duże S) w życiu publicznym Polski kluczową rolę będą odgrywały prądy lewicowe i najniższego sortu popkultura.

Jak Pan ocenia fakt, że w czerwcu tego roku odbyły się z jednej strony konferencje na temat wyborów kontraktowych i transformacji ustrojowej, zorganizowane przez Fundację Veritas et Scientia w Sejmie - z udziałem J. Olszewskiego, dr B. Fedyszak-Radziejowskiej, K. Morawieckiego, A. Macierewicza, prof. A. Zybertowicza, prof. W. Roszkowskiego, S. Michalkiewicza (obecna A. Walentynowicz) - oraz Formację Niepodległościową (m.in. R. Szeremietiew, K. Morawiecki) w IPN, a z drugiej obchody 25-lecia Federacji Młodzieży Walczącej z rozmachem organizowane w Muzeum Powstania Warszawskiego. Czy uważa Pan te wydarzenia za symptomy jakościowej zmiany po prawej stronie sceny? Na poziomie obywatelskim, a nie partyjnym oczywiście.

Mogę tylko wyrazić życzenie, żeby nie skończyło się na takich pojedynczych imprezach i żeby coś z tego wartościowego, trwałego zostało. Ale czy tak będzie?

Skoro jesteśmy przy hucznych obchodach - który dzień Pańskim zdaniem najlepiej nadawałby się na symboliczne uczczenie fenomenu "Solidarności"?

Chyba rocznica podpisania porozumień sierpniowych byłaby najlepsza: ważna, zrozumiała i nie budząca jakichś zasadniczych kontrowersji.

Na koniec - czy zetknął się Pan z prawicową blogosferą? Wrażenia?

Stricte prawicową? Chyba nie. Nie wiem, czy warto byłoby zamykać się we własnym sosie. Warto jest swoje poglądy skonfrontować z innymi, albo, żeby utwierdzić się w ich słuszności, albo, żeby je zweryfikować. Poza tym serfując swobodnie po cyberprzestrzeni można natknąć się na bardzo ciekawe rzeczy. Wystarczy znaleźć gdzieś w sieci np. teksty pana Mirosława Czecha z "GW". Nie wolno śmiać się z tych, którzy w pisaniu po polsku i myśleniu są "mocno sprawni inaczej", ale nie ukrywam, że lektura podobnego historycznego grafomaństwa zawsze poprawiała mi humor.

---------- II ----------


Myślę, że to pierwszy z serii wywiad tego typu. Doszedłem do wniosku, że skoro nie znajduję odpowiedzi na nurtujące mnie pytania w mediach, zadam je sam.

"Warto rozmawiać" o "Szkole Myślenia Politycznego".



Linki uzupełniające:

M. Czech dostarcza rozrywki nie tylko P. Gontarczykowi

Kształtowanie się "elity" PRL, utrzymującej swój status w III RP

Protokołowane przez Gestapo zeznania uczestników Powstania z najróżniejszych środowisk (i jednego konfidenta)

piątek, 3 lipiec 2009

Poza głównym nurtem

Warszawski klub "Gazety Polskiej" zorganizował ostatnio ciekawą debatę: Piotr Gontarczyk vs. Paweł Zyzak - niżej odnośnik do jej zapisu. Rzecz jest ciekawa z kilku względów. Przede wszystkim stanowi pierwszą zarejestrowaną przez kamerę merytoryczną dyskusję nad książką drugiego z uczestników spotkania. Jej krytyka wysuwana przez pierwszego z nich oparta jest na argumentacji odwołującej się do restrykcyjnego podejścia do warsztatu historyka, czy dbałości o jakość przytaczanych źródeł oraz - last but not least - różnicy między podejściem do prezentacji historii przez publicystę i naukowca.

Panowie dyskutują ze sobą miejscami ostro, jednak zupełnie inaczej, niż jest to przyjęte w "głównym nurcie", gdzie ciągle słyszymy a to od kogo mamy się tym razem "odpieprzyć" (koniecznie z wykrzyknikiem), a to - jakie pytanie jest "podłe". Jest to zresztą dość charakterystyczne. Zero cywilizowanej polemiki - wyłącznie połajanki, inwektywy i w końcu - gdy wcześniejsze techniki "debaty" nie skutkują - wytaczanie procesów za wyrażanie opinii. Nieprzypadkowo zresztą moderujący dyskusję T. Sakiewicz otwierając ją nawiązuje do mistrza wszech czasów powyższych form publicznego dyskursu.

W każdym razie z dużym zainteresowaniem wysłuchałem tej debaty, w której argumenty odwoływały się do rozumu, a nie lęków, czy warunkowych odruchów wdrukowanych dużej liczbie osób przez medialno-polityczny mainstream III RP. W kwestii przedmiotu całej dyskusji lokuję się gdzieś po środku między jej uczestnikami - zarówno w sprawie zasadności poruszania przez P. Zyzaka wątków związanych z osobistymi aspektami życia L. Wałęsy w oparciu o źródła anonimizowane - historyk zna dane autorów relacji, ale ich nie publikuje - jak i zakresu uprawnionych dywagacji na temat nie udokumentowanych faktów w pracy historycznej. Rację ma P. Gontarczyk wymagając krytycznej analizy źródeł oraz oczekując, że należy publikować wyłacznie takie, które pomyślnie przeszły taką weryfikację. Z drugiej strony, L. Wałęsa odręcznie pokwitował dokumenty dot. TW "Bolek", które pobrał z UOP pod koniec swojej prezydentury i których nie zwrócił - czyli, jak by to ująć... - które po prostu ukradł lub sobie przywłaszczył (ciekawe losy powiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w celu ustalenia rzeczywistego stanu rzeczy oraz działań prokuratury i ministra Czumy w tej sprawie znajdziecie w poniższym zapisie debaty). Utrudnia to nieco obiektywną, czy chociaż intersubiektywną ( ;) ) prezentację stanu faktycznego, mimo zachowanych mikrofilmów zawierających część dokumentów zniszczonych w gdańskiej delegaturze UOP, gdy Urząd podlegał prezydentowi RP (Wałęsie), o czym napisali S. Cenckiewicz i P. Gontarczyk.

W tym miejscu stoimy przed wyborem - bazować wyłącznie na tym, co zostało, czy jednak próbować łączyć różne fakty. Na przykład trudno zignorować pytania, jakie na początku lat '90 stawiał R. Sikorski i o których dzisiaj z koniukturalnych względów próbuje tak bardzo zapomnieć.

W tym miejscu, szanując afekt P. Gontarczyka dla jakości naukowego warsztatu, uważam jednak, że nie sposób oddzielić od siebie pytania o motywy działań, o których pisał Sikorski od prób wyjaśniania charakteru kontaktów L. Wałęsy z komunistycznymi służbami w latach '80-tych. Wszak mottem jego działań mogłaby być kwestia, która miała paść w trakcie rozmowy z SB:
W Gdańsku wyrzuciłem wszystkich, którzy wam się mogli nie podobać - Borusewicza, Walentynowicz".
... oraz komentarz jednego z zainteresowanych:
Bogdan Borusewicz odnosząc się do publikacji tygodnika powiedział w Sygnałach Dnia, że Lech Wałęsa myślał, że przechytrzy wszystkich. Dodał, że okazało się jednak, iż Służba Bezpieczeństwa nagrała jego rozmowy z funkcjonariuszami i teraz musi się z nich tłumaczyć."
(źródło)

Dzisiaj marszałek Senatu podobnie jak minister Sikorski jakoś nie zabiera głosu na ten temat. Temat bardzo obszerny i złożony. Cieszy fakt, że tworzą się enklawy, w których o podobnych sprawach "warto rozmawiać". Zwłaszcza w sytuacji, gdy tak wielu graczom na medialnym i politycznym rynku tak bardzo zależy, by podobne dyskusje zdusić - wszak sami w swoim mniemaniu zadekretowali obowiązującą wykładnię.


Zapis debaty:


Zapis spotkania z Pawłem Zyzakiem i Piotrem Gontarczykiem poświęconego książce „Lech Wałęsa. Idea i historia” zrealizowany przez ekipę Polityczni.pl.



Wkrótce na tym blogu pojawi się wywiad przeprowadzony przeze mnie z P. Gontarczykiem dla Blogmedia24.pl i "Zeszytów Karmelitańskich" dotyczący m.in. wizji uczciwej prezentacji historii najnowszej w realiach III RP.

poniedziałek, 22 czerwiec 2009

Ech, mordo ty moja...

Generalnie nie lubię wszelkich agitek i dotąd żadnej z nich nie przytaczałem. Życie jednak, jak zwykle, dopisuje pointy do rozmaitych wątków. Dziś mamy kolejny. Pamiętamy "kontrowersyjne" spoty PiS z kampanii 2007. Pierwszy z brzegu:



Jak możemy dzisiaj się dowiedzieć z portali informacyjnych, istnieją poważne podejrzenia, że "znikają" protokoły z dwóch śledztw - dotyczącego morderstwa Marka Papały oraz Jacka Dębskiego. Możemy m.in. przeczytać m.in.

Jednym z zagubionych dokumentów ma być protokół przesłuchania Ryszarda S., polonijnego biznesmena. Wskazał on jeden z prawdopodobnych motywów zabójstwa Jacka Dębskiego. S. twierdzi, że były minister sportu oferował mu sprzedaż dokumentów kompromitujących wpływową osobę, z którą przedsiębiorca toczył kilka sporów sądowych. Do przekazania dokumentów miało dojść w Warszawie w kwietniu 2001 roku. Nie doszło, bo w noc poprzedzającą planowane spotkanie Jacek Dębski został zamordowany. (...)

Z kolei z akt śledztwa w sprawie śmierci generała Marka Papały zaginął protokół przesłuchania Małgorzaty S., byłej biznesmenki, która przez przypadek miała kontakty z gangsterami. Kobieta zeznawała na temat osób ze świata przestępczego, które miały organizować zamach na generała. Jako jedną z nich wskazywała byłego pułkownika SB, a potem UOP, który zamieszany był w międzynarodowy handel narkotykami.

- Kilka tygodni później dostałam z prokuratury pisemne zawiadomienie, że protokół mojego przesłuchania zaginął - potwierdza Małgorzata S. w rozmowie z tvp.info. Z akt zniknął także protokół przesłuchania osoby, która była obecna na parkingu pod blokiem byłego komendanta głównego policji, widziała całe zdarzenie, a potem podała rysopis sprawcy.

(źródło i całość)

Cóż tu dodać. Od początku tej kadencji moglismy zaobserwować wiele podobnych ruchów - przykład pierwszy z brzegu (druga część wpisu).

A w mediach tradycyjnie - palikoteria i bezowe sondaże.

środa, 17 czerwiec 2009

Moja Warszawa

Dzisiaj zupełnie inny klimat. Kiedyś przeszedłem się z tandetną cyfrówką po "rewirze". Dzisiaj wklejam to na blogu - głównie z myślą o Czytelnikach spoza Warszawy.

Zaopatrzony w plecaczek z browarkiem, przeszedłem się z aparatem po moim kochanym Starym Mokotowie. Nie zaserwuję Wam jakichś specjalnych fajerwerków, jednak możecie zobaczyć kawałek zachowanej przedwojennej Warszawy, którego nie ma na żadnych szlakach turystycznych... Natomiast jest on "nieco" bardziej "warszawski", niż znaczna część rzeczy, które turystom się pokazuje...

W tych krzakach wszystko było pierwsze: piwo, kobiety i śpiew ;)

Swój klimat mają zarówno posesje bogatsze:


.. jak i biedniejsze:



Podobne miejsca w naszej dzielnicy są oddalone od siebie max. kilkaset metrów...


Ciekawostka:

W tym miejscu stała budka, zwana przez mokotowian "zieloną", od której mister Grycan rozpoczął marsz ku budowie koncernu i marki, znanych w półświatku jako "Zielona Budka" (obecnie, po sprzedaży marki, znowu Grycan):

A tu za komuny było kino "Moskwa":



"jaka jest najdłuższa ulica na świecie? Rakowiecka - prowadzi aż do Moskwy..." - pamiętacie '81?

(fotka wzięta stąd)

Ot, tak - w ramach odskoczni.

wtorek, 16 czerwiec 2009

"Houston, mamy problem..."

Z zainteresowaniem czekałem na ewentualne komentarze do tekstu K. Niklewicza, który rano widniał na stronie głównej portalu "G.W." - Nie żałujmy banku, gdy budżet się wali. A szkoda, bo jest on dość ciekawy. Fragmenty:

Zapowiedzi skarbu państwa o ściągnięciu sowitej dywidendy z banku PKO BP - i innych spółek, w których skarb państwa ma znaczące udziały - wywołały kolosalne protesty.

Skarb chce wycisnąć pieniądze ze spółek surowcowych (KGHM), największego polskiego ubezpieczyciela - PZU, z Giełdy Papierów Wartościowych, Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych oraz wielu innych firm. (...)

Problem w tym, że Polska już teraz ma pożar budżetowy. Zabierając w sumie nawet 5 mld zł dywidendy ze wszystkich spółek (z czego 1,8 mld zł z PKO BP), rząd znacząco zwiększa szanse, że sytuację da się opanować.

Nową wersję budżetu minister finansów Jacek Rostowski ma ogłosić w lipcu. I nie ma co się łudzić: będzie bolało. Dochody z podatków spadają, a lista wydatków rośnie. Znalezione do tej pory 20 mld zł oszczędności budżetowych nie wystarczy. Dziura budżetowa może mieć większy rozmiar - nawet 30-40 mld zł.

Jak ją zapełnić? 70 proc. budżetu to tzw. wydatki sztywne, regulowane ustawami. W nich nie da się ciąć.

Więc gdzie jeszcze oszczędzać? W wydatkach na infrastrukturę drogową? Stracilibyśmy wtedy setki milionów euro unijnej dotacji.

Minister finansów nie ma wyjścia, musi znaleźć dodatkowe, niestandardowe źródła dochodów. Bo co innego mu pozostaje: podwyższyć podatki? PIT-u w tym roku podnieść już nie może. Zwiększyć deficyt budżetowy i zadłużenie państwa? Koszty obsługi długu wyskoczą w górę. Więc może radykalnie podnieść akcyzę na samochody, alkohol i paliwa? Witaj inflacjo...

Nie ma też co liczyć na zwielokrotnienie wpływów z prywatyzacji: już samo wykonanie obecnego planu (sprzedaż udziałów w spółkach SP za łączną kwotę 12 mld zł) graniczy z cudem w czasach, w których brakuje inwestorów z workiem pieniędzy.

Protestującym przeciwko pobraniu dywidend ze spółek skarbu państwa trzeba zadać pytanie: Gdzie oni proponują znaleźć dodatkowe dochody dla budżetu?

To jest właśnie cała upiorność sytuacji: w sferze teorii rząd ma wiele innych możliwości ratowania publicznej kasy, ale w praktyce - nie może z nich skorzystać. Bo, przykładowo, propozycję podniesienia składki rentowej natychmiast zawetuje prezydent Lech Kaczyński. W imię obrony "sztandarowego osiągnięcia" rządu brata Jarosława.

Zwracam uwagę, że taki obraz sytuacji szkicuje tytuł skrajnie przychylny rządowi. Ktoś inny mógłby np. spytać:

- dlaczego rząd utrzymując wprowadzoną przez PiS obniżkę podatków i składki rentowej nie wprowadził chociaż kadłubowej reformy finansów publicznych? (projekty Z. Gilowskiej zostały ponownie złożone do Sejmu tuż po wyborach 2007). W efekcie - polski system finansowy został pozbawiony jakiegokolwiek zabezpieczenia przed okresowym spadkiem dochodów wynikającym z obniżki podatków.

- dlaczego rząd zarzucił prace nad adaptacją projektów Gilowskiej (reforma finansów publicznych), które od stycznia 2008 prowadził prof. Gomułka? Sam fakt, że były prowadzone oznacza, że ktoś uznał, iż warto nad nimi pracować.

- dlaczego odrzucił propozycję ponadpartyjnej współpracy nad pakietem antykryzysowym, jaką we wrześniu 2008 zgłosiło PiS - wyśmiewając opozycję z tekstem, że żadnego kryzysu nie ma i nie będzie? - "nie straszcie Polaków!"

- dlaczego rząd nie zareagował do dzisiaj na kredytową spiralę w sektorze publicznym, którą spowodował beznadziejnie wykonany budżet 2008? (wiele jednostek nie otrzymało pieniędzy za listopad i grudzień)

- dlaczego, mimo zgodnej krytyki tzw. "analityków finansowych", przyjął budżet 2009 z kosmiczną prognozą wzrostu PKB - 3,7%?

- dlaczego, gdy w lutym było wiadomo, że co najmniej trzykrotnie przestrzelili, nie znowelizowali budżetu do dzisiaj - pogłębiając wszystkie negatywne zjawiska?

Winny pozostaje oczywiście "socjalista" Kaczor, który wbrew sugestiom "liberalnego" dziennikarza nie zamierza przykładać ręki do podwyższania danin na rzecz państwa. W ogóle, jak spojrzeć zarówno na planowane działania (?) rządu oraz tok myślenia prezentowany zarówno przez Rostowskiego, jak i Niklewicza, "liberalizmem" wieje jak cholera. Najśmieszniejsze:

- skoszenie ze spółek 5 mld ma mieć istotne znaczenie, gdy dziennikarz "G.W." wielkość "dziury Rostowskiego" szacuje na 30-40 mld (przypominam, że - doświadczony w podobnych prognozach - Bauc w lutym mówił o 54 mld)

- pisząc o ww. wielkościach, K. Niklewicz teoretyzuje na temat zwiększenia deficytu - ale właśnie to ta dziura jest realnym deficytem, a nie wielkość zapisana w ustawie, która niemal już została dzisiaj osiągnięta (w połowie roku deficyt zaplanowany na cały rok)

- teoretyzuje również na temat zadłużania, jako niebezpiecznej alternatywy, gdy po zabiegach rządu Międzynarodowy Fundusz Walutowy otworzył linię kredytową dla Polski (poza nami z tego mechanizmu korzysta tylko Meksyk), co premier skomentował w kwietniu następująco:
linia kredytowa w MFW powinna zakończyć debatę nad polityką budżetową
(źródło i całość)

No, oczywiście...

Jeżeli dodamy do tego kwietniowe kłamstwo w sprawie wysokości deficytu w sektorze fiansów publicznych, jakie Ministerstwo Finansów zaserwowało Komisji Europejskiej:

- Ministerstwo Finansów skłamało Brukseli, że będziemy mieli w 2008 roku deficyt sektora finansów publicznych poniżej 3 proc. PKB - mówi "Gazecie" b. minister finansów Mirosław Gronicki. Bruksela może nam teraz pogrozić palcem, a nawet objąć procedurą nadmiernego deficytu. Wtedy na lata możemy zapomnieć o euro.

GUS ogłosił wczoraj zaskakujące dane. Deficyt sektora finansów publicznych (budżetu, państwowych funduszy i samorządów) wyniósł w 2008 r. aż 3,9 proc. PKB (49,5 mld zł). To radykalny skok - z 1,9 proc. PKB w 2007 r. W rok wyhodowaliśmy sobie dodatkowe dwa punkty procentowe.

Co w tym dziwnego? Ministerstwo Finansów cały czas mówiło o 2,7 proc. To by oznaczało, że nie przekraczamy cienkiej, czerwonej linii, czyli zalecanych przez Brukselę i niezbędnych przy przyjmowaniu euro 3 proc. PKB. Podobnie resort źle oszacował dług publiczny - zamiast 45,9 proc., według GUS wyniósł on 47,1 proc. PKB (598,4 mld zł). (...)

(źródło i całość)

- widać coraz bardziej, że mamy do czynienia z niekończącym się dryfem, doprawionym kreatywną księgowością. Swoją drogą - ciekawe, jakby był komentowany w mainstreamie podobny motyw w poprzedniej kadencji...

Tymczasem dzisiaj z publikacji na różnych portalach mogliśmy poznać kolejne "balony" wypuszczane nieoficjalnie przez Ministerstwo Finansów i oczywiście oficjalnie dementowane, zupełnie jak z aplikacją o linię kredytową MFW - cud, miód, orzeszki:
Składka rentowa znowu w górę, podwyżka akcyzy, a może nawet VAT. Brzmi groźnie, a to jeszcze nie wszystko, co nam grozi. Rząd szuka ratunku dla budżetu. Pomysły dotyczą głównie tego, jak głęboko włożyć rękę do naszych kieszeni. Podwyżka składki rentowej to niższe pensje.
(źródło i całość)

Zbliża się "sprawdzam" w sferze zarządzania finansami państwa. Wszystko niestety wskazuje, że naszym kosztem.