sobota, 10 grudnia 2011

Suwerenność, Marsz 13.12., kilka spraw

Wyniki europejskiego szczytu są niezłą pointą do jednego z wątków dyskusji na temat Marszu Niepodległości i Solidarności. Jednym z podstawowych punktów ataku PiS ze strony środowisk prawicowych jest ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego, podobno stanowiąca zrzeczenie się niepodległości na rzecz Unii Europejskiej. Kolejny to zarzut "zawłaszczenia" sukcesu Marszu Niepodległości 11.11.2011. Na ile są one uzasadnione? Niżej moja próba odpowiedzi.

Suwerenność Polski a ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego

Patrząc z dzisiejszej perspektywy szczególnie warto pamiętać, że Kaczyńscy w sprawie Traktatu konsekwentnie szli drogą Wielkiej Brytanii. Znalazło to wyraz przede wszystkim w głośnym protokole brytyjskim do jednego z kluczowych dokumentów TL - Karty Praw Podstawowych. W tej notce również chciałbym przypomnieć echa po wynegocjowaniu Traktatu, które zbierałem na bieżąco. Na początek najważniejsze punkty protokołu:

Artykuł 1

1. Karta nie rozszerza zdolności Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ani żadnego sądu lub trybunału Polski lub Zjednoczonego Królestwa do uznania, że przepisy ustawowe, wykonawcze lub administracyjne, praktyki lub działania administracyjne Polski lub Zjednoczonego Królestwa są niezgodne z podstawowymi prawami, wolnościami i zasadami, które są w niej potwierdzone.

2. W szczególności i w celu uniknięcia wszelkich wątpliwości nic, co zawarte jest w tytule IV Karty nie tworzy praw, które mogą być dochodzone na drodze sądowej, mających zastosowanie do Polski lub Zjednoczonego Królestwa, z wyjątkiem przypadków gdy Polska lub Zjednoczone Królestwo przewidziały takie prawa w swoim prawie krajowym.

Artykuł 2

Jeżeli dane postanowienie Karty odnosi się do ustawodawstw i praktyk krajowych, ma ono zastosowanie do Polski lub Zjednoczonego Królestwa wyłącznie w zakresie, w jakim prawa i zasady zawarte w tym postanowieniu są uznane przez ustawodawstwo lub praktyki Polski lub Zjednoczonego Królestwa.".

(źródło)

Przypominam, to są zapisy, o których Stefan Niesiołowski mówił w sposób następujący: Ja bym wolał odejść od protokołu brytyjskiego szybciej, ale trzeba płacić cenę kompromisu i nie zaostrzać sytuacji (...) to nie są tablice, które Mojżesz dostał na górze Synaj (...)

(źródło)

Czym w kontekście podejścia do suwerenności Rzeczpospolitej ta wypowiedź różni się od niedawnych słów Sikorskiego wygłoszonych w Berlinie?

Charakterystyczne, w jaki sposób ówczesna postawa Polski - obok Wielkiej Brytanii i Czech - została przyjęta przez eurofederastów. Oto wywiad z Danielem Cohn-Benditem, który mogliśmy znaleźć w "Dzienniku". Kluczowy jego fragment wygląda tak:

ARTUR CIECHANOWICZ: Kto wygrał w Brukseli? Polska czy Niemcy?
DANIEL COHN-BENDIT:
Nikt. Cała impreza, cały ten szczyt to porażka dla Europy. Niektóre kraje - nie tylko Polska - zaliczam do nich też Wielką Brytanię, Holandię, Czechy bezwzględnie forsowały partykularny interes narodowy. Zamiast bronić wspólnego interesu europejskiego.

Nie da się tak dłużej budować Unii. Nie da się w Europie połączyć tych, którzy chcą Europy bardziej i tych, którzy chcą jej mniej. Ci ostatni na domiar wszystkiego non stop straszą wetem. To zwykła tyrania mniejszości.

Jaka tyrania? Polska nie zrobiła przecież nic, co byłoby niezgodne z zasadami przyjętymi w Unii. Poza tym każdy broni swojego interesu. Niemcy robią to dokładnie tak samo jak Polska.
Każdy broni swojego interesu, ale powinien również bronić wspólnego. Przecież to, co się dzieje, widać jak na dłoni. Warszawa czy Londyn nie chcą powstania Europy jako tworu politycznego - wystarczy im Unia jako organizm gospodarczy.

Doskonale rozumiem ten rodzaj logiki. Każdy chce dostawać od Unii pieniądze i robić z nią interesy, każdy chce zarabiać na Unii, ale nie każdy jest gotowy przyjąć i dostosować się do dynamiki wspólnego rozwoju. Dla mnie tymczasem Unia to nie tylko gospodarka, ale przede wszystkim wartości.

Mówi pan o wartościach, więc jakimi wartościami kierowała się kanclerz Merkel, próbując zignorować polskie zdanie i doprowadzić do izolacji Polski?
Bądźmy poważni! Polacy ciągle dają do zrozumienia, że jak się znajdą w izolacji, to będzie im wszystko jedno. A jak wreszcie ktoś im zagrozi, to podnoszą larum. Powiedzmy sobie wprost: jeśli ktoś próbuje przebić głową mur, musi się liczyć z tym, że w końcu ktoś na to ostro zareaguje.

Czyli Merkel miała rację - skoro Polacy nie chcą zaakceptować naszego zdania, rozmawiajmy bez nich.
Mogę mieć tylko za złe pani kanclerz, że nie zdołała przekonać do swego pomysłu wszystkich. Na resztę jestem wściekły. I to nie tylko na braci Kaczyńskich, ale tak samo na Tony'ego Blaira, państwa bałtyckie, czeskiego premiera Mirka Topolánka.

Mamy tu w wersji skondensowanej całą esencję "ducha" eurofederalizmu. Wszytko powiedziane wprost. Jest też "kwiatek", który powinien przejść do annałów "złotych cytatów" ludzi lewicy. Słowa "tyrania mniejszości" powinny wracać bumerangiem przy każdej próbie otwarcia dyskusji nad działaniami w sferze publicznej organizacji np. afirmujących homoseksualizm pod hasłem, że "demokracja przede wszystkim zabezpiecza prawa mniejszości".

Z jednej ze sztandarowych postaci pokolenia '68 wyszedł prawdziwy demokrata. Socjalistyczny. Jest to kolejny dowód prawdziwych intencji eurofederastów - zdominować małe i średnie państwa narodowe, siłą rzeczy wzmacniając... głównie Niemcy - żywcem jak u Marksa i Engelsa. Jakas nowość? Oczywiscie, że nie. Czym innym jednak jest próba przewidzenia czyjegoś celu, a czym innym otwarta deklaracja poparta... wściekłością, że na dzisiaj nic z tego nie będzie.

Europejscy "demokraci", którzy próbowali "obejść" głos obywateli wyrażony w referendach dot. ratyfikacji traktatu (Francja, Holandia) będącego efektem nietransparentnych prac Konwentu... przegrali. Choć nadal "mniejszością" nazywają ludzi, których nie porywa wizja Eurosojuza z XIX w. Wszak nie do pojęcia jest, by większość myślała inaczej, niż siły będące od lat w awangardzie "postępu". Porównanie do archaicznych wizji socjalizmu nie jest tu przypadkowe. Bawi nazywanie konserwatywnego poglądu na priorytety polityki europejskiej właśnie XIX-wiecznym, gdy w rzeczywistości mamy do czynienia z pokojową walką dwóch wizji Europy, pochodzących z podobnych okresów. Oczywiście nastąpiły istotne zmiany w obu nurtach politycznych. Z jednej strony są one efektem globalizacji, a z drugiej osłabienia radykalnych skrzydeł po obu stronach i - wreszcie - przejścia przez europejskie społeczeństwa "progów": industrializacji, elektryfikacji, powszechnej edukacji i informatyzacji. Nie zmienia to faktu, że czynienie z wizji nawiązujących do marksistowskich pomysłów sprzed ponad wieku czegoś wybitnie nowoczesnego jest małą przesadą.

Grudniowy szczyt 2011 pokazał, że Wielka Brytania konsekwentnie zachowuje suwerenność mimo podpisania Traktatu Lizbońskiego.

Można? Można.

Dla odmiany można również się zastanowić, jak by wyglądała nasza sytuacja, gdybyśmy nie przystąpili do Unii, zostając terenem buforowym miedzy nią, a umacniającą się Rosją. Moim zdaniem koszty byłyby podobne - państwa zachodnie poprzez ludzi wpływu w Polsce rozgrywałyby nasze państwo zgodnie ze swoimi interesami tak jak dzisiaj, Rosja dalej trzymałaby je w pętli szkolonych w Moskwie ludzi służb, a Polska... Cóż, jako jedyne państwo regionu nie należące do UE nawet dla krajów bałtyckich stalibyśmy się politycznym stepem, jałową peryferią.

Należąc do UE, mieliśmy możliwość korzystania z pozytywów - zawiązywania lokalnych sojuszy, co świetnie robił Lech Kaczyński, czy wykorzystywania instytucji unijnych w obronie przed politycznymi naciskami Rosji. Charakterystyczna jest tu sprawa embarga na polską żywność, które było reakcją na polskie weto w sprawie nowej umowy o współpracy UE z Rosją. Polski rząd uzyskał wtedy wsparcie m.in. Francji i Litwy. Aż się człowiek dziwi, że tak niedawno były czasy, gdy polska polityka zagraniczna grała na tak wysokich tonach.

Podtrzymuję wcześniejszą opinię, że będąc w UE należy od wewnątrz paraliżować jej socjalizowanie i szukać sojuszników dla budowy Europy Ojczyzn.


Nieporozumienia wokół Marszu - zwłaszcza, gdy ktoś zawłaszcza

Nazwa Marszu Niepodległości i Solidarności faktycznie została dobrana nie najlepiej. Zdecydowanie lepsza byłaby np. Marsz Suwerenności i Solidarności. Cóż, prawdopodobnie w wyniku jakiegoś skrótu myślowego rzuconego przez przedstawiciela PiS w mediach padła ta kalka Marszu 11.11. i dalej już poszło. Przyjrzyjmy się jednak bliżej samemu charakterowi Marszu planowanego na 13.12.

Ma on dwa wymiary - nawiązujący do okrągłej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego oraz będący protestem przeciw zrzekaniu się polskiej suwerenności przez rząd Donalda Tuska, czego symbolem była berlińska wypowiedź Radka Sikorskiego. Marsz ten poparli z jednej strony działacze antykomunistycznej opozycji, z drugiej kluby "Gazety Polskiej", a z trzeciej... wiceprezes stowarzyszenia, które zorganizowało Marsz Niepodległości 11.11., Artur Zawisza. Nad organizacją czuwa środowisko dawnej Ligi Republikańskiej, które zapoczątkowało tradycję pikiet pod domem Jaruzelskiego na ul. Ikara 5. Poza poważną niezręcznością w kwestii nazwy, pojawia się pytanie - gdzie tu "zawłaszczanie"?

Sukces Marszu z 11.11. wbrew świetnemu samopoczuciu organizatorów - którzy nawiasem zupełnie nie sprostali swojemu zadaniu - należy do Seweryna Blumsztajna, o czym świadczy porównanie atmosfery wokół Marszu przed rokiem 2010 i po nim. W 2011 jako bonus mieliśmy awizowaną niemiecką Antifę.

Przy okazji rocznicy wprowadzenia stanu wojennego część z tych samych organizatorów razem z portalem Nowy Ekran, znanym głównie z tego że otwierający wywiad przeprowadził ze szkolonym w sowieckiej Akademii Sztabu Generalnego generałem Wileckim powiązanym z byłymi szefami Wojskowych Służb Informacyjnych urządzają koncert na pl. Konstytucji, po którym chcą poprowadzić widzów pod dom Jaruzelskiego na ul. Ikara. Czyli w miejsce, gdzie od lat jest organizowana pikieta zapoczątkowana przez Mariusza Kamińskiego.

Klimat tych pikiet zawsze był bardzo poważny, pełen zadumy i swoistej intymności. Tymczasem organizowane jest przejście pokoncertowej parady w to samo miejsce, o tej samej porze. Jednym z uczestników tej parady ma być Janusz Korwin-Mikke. Tak, ten sam, na którego łamach Jaruzelskiego wielokrotnie broniono. Dlaczego tam idzie? Jak można wyczytać w ostatnim "Najwyższym Czasie!" głównie przeciw... Jarosławowi Kaczyńskiemu. Do tego jeszcze zaproszenie na tą imprezę zaczyna się od słów "organizatorzy pikiety pod willą generała...". Nowy Ekran to i nowa pikieta. Jeżeli jednak chodzi o zawłaszczanie...

Jest dla mnie oczywiste, że chodzi o ponowną próbę rozwałki prawicy. Taką w stylu tej z roku 1993. Na szczęście dzisiaj jesteśmy silniejsi. I nauczeni doświadczeniem. Szkoda tylko zwiedzionych ludzi prawicy, którzy nie widzą, co nowy ekran wyświetla, bo stoją za monitorem...

poniedziałek, 10 października 2011

Republika / "Szkoła Myślenia Politycznego"

Przez sieć przetacza się szereg komentarzy po wczorajszych wyborach. Przeciwnicy PiS - w tym sporadyczni zwolennicy jakichś partii - fetują zwycięstwo. Wyborcy J. Kaczyńskiego próbują się mobilizować, chociaż nie brak rozgoryczenia. Zwolennicy tzw. "prawdziwej prawicy", tradycyjnie mieszczącej się w jednej sali kinowej (razem z rodzinami) nie kryją satysfakcji, zarzucając PiS m.in. brak skuteczności. Imponujące poczucie humoru, jeżeli spojrzy się na rozkład mandatów w Sejmie oraz wyniki bardzo ambitnych polityków w rodzaju JKM, czy Marka Jurka.

Korzystając z okazji chciałbym przypomnieć wybory z roku 1993, czyli majstersztyk części służb, która później stworzyła i do dzisiaj wspiera PO. Skonfliktowana - również w wyniku działań Urzędu Ochrony Państwa - prawica nie uzyskała ani jednego mandatu. Sejm tworzyły tak urozmaicone formacje, jak SLD (20,4%, 171 mandatów), PSL (15,%, 132), Unia Demokratyczna (10,5%, 74) oraz Unia Pracy (7,3%, 41). Mieszczący się między 30, a 40% elektorat, który można umownie określić "niepodległościowym" nie zdobył ani jednego mandatu. Przez kolejne lata po prawej stronie brakowało lidera, który zbudowałby stabilny obóz polityczny reprezentujący tych wyborców. Akcja Wyborcza Solidarność okazała się w znacznym stopniu mniej sterowalnym prototypem Platformy Obywatelskiej. Przy czym ta mniejsza sterowalność brała się raczej z chaosu i liczby ośrodków decyzyjnych, niż jakichś specjalnych przymiotów.

We wczorajszych wyborach PiS uzyskało 29,9% i 158 mandatów. To dobry moment, by w końcu zamknąć kwestie "działalności politycznej" ograniczającej się do ekstrawaganckich happeningów, prywatnych krucjat, czy przedwyborczych napadów internetowej aktywności. Tu piłka leży po stronie zwolenników tego typu działań. Chodzi o odpowiedź na proste pytanie - jaką część swojego programu zrealizowali ich autorzy, w niektórych przypadkach obecni w polityce przez dziesięciolecia? Oczywiście wiele zależy od lidera PiS. Dobrze rokuje otwarcie list na środowiska w rodzaju Fundacji Republikańskiej. Cieszy powrót do parlamentu załogi z CBA, a właściwie z Ligi... Republikańskiej.

Potrzebna jest jednak duża profesjonalizacja polityki w wydaniu PiS. Pomysł z wydaniem książki J. Kaczyńskiego, o której z góry było wiadomo, że będzie lekturą wyłącznie dla umiarkowanie życzliwych dziennikarzy, czy wizyta Z. Romaszewskiego u Piotrka Staruchowicza na Białołęce w przeddzień wyborów po spocie "oni pójdą..." to nie błędy, lecz "wielbłądy". Zawsze najłatwiej jest krytykować, więc nie ma co teraz rozdzierać szat. Po katastrofie smoleńskiej mimo prób redukcji jej do absurdu przez stronę rządową i "zaprzyjaźnione media" oraz wykorzystania do podbicia własnej pozycji przez - przykro to pisać - "Gazetę Polską" (mam na myśli głównie publikacje w "GPC" tuż przed wyborami)... stworzyło się duże aktywne społeczne zaplecze, które w naturalny sposób może wspierać PiS. Z drugiej strony, ataki "michnikowszczyzny" - i w konsekwencji "antyfaszystowskich" bojówkarzy - na środowiska konserwatywne, patriotyczne i młodych nacjonalistów wpłynęły jednocząco na zeszłorocznym Marszu Niepodległości 11 listopada - i ataki te spaliły na panewce. Otwartą kwestią pozostaje, co PiS z tym może zrobić. I jak to zrobić, by reprezentować większość z tych ludzi, nie narzucając im swojego punktu widzenia na tzw. całokształt. Stawka jest wysoka, jednak czasu na przegrupowanie wystarczająco wiele. Polityka to przecież nie gra, w której się gra do limitowanej liczby wygranych. Gra się do zwycięstwa.

O co chodzi z tytułową "szkołą"? Przypominka. Róbmy swoje. Polska jest najważniejsza. A nie celebryci.

niedziela, 31 lipca 2011

Brak podstaw

Obserwując dyskusje po tzw. "raporcie Millera" i kontynuację rosyjskiej narracji z 10 kwietnia 2010 o winie pilotów przejrzałem jeszcze raz polskie uwagi do raportu MAK. Niżej chciałbym przypomnieć polskie komentarze do prezentowanego przez Rosjan wątku wpływu warunków atmosferycznych oraz komunikacji między wieżą a samolotem na okoliczności katastrofy w Smoleńsku. Pozostała jeszcze kwestia jednego człowieka...


Strona 109 polskich uwag do raportu MAK


"MAK do dnia dzisiejszego nie odpowiedział na pytanie dotyczące roli i uprawnień płk. Krasnoutskiego. Według zapisów w Raporcie (strona 145)"

MAK: "W czasie lotów 10.04.2010, sądząc z zapisu rozmów z magnetofonu kierownika lotów i własnoręcznych oświadczeń, osoba ta okresowo znajdowała się na BSKP (bilższym startowym punkcie dowodzenia)(łącznie z chwilą zdarzenia lotniczego), realizując ogólną koordynację pracy różnych służb. Informowanie (telefoniczne) różnych osób funkcyjnych o rzeczywistej sytuacji w kwestii przyjmowania samolotów i sytuacji meteorologicznej, a także uzgadnianie lotnisk zapasowych. Osoba ta nie brała bezpośredniego udziału w kierowaniu ruchem lotniczym." (pisownia oryginalna).


Wyboldowany i podkreślony komentarz polskich ekspertów:

"Zgodnie z zapisem nagrań (szpula nr 9 kanał 4) brał on udział w prowadzeniu korespondencji radiowej, jak również pomimo kilkukrotnych sugestii KL (kierownika lotów - Foxx) o przerwaniu podejścia Tu-154M jednoznacznym rozkazem "Doprowadzamy do 100 metrów, 100 metrów i koniec rozmowy" urywa jakiekolwiek dalsze próby KL odesłania samolotu na lotnisko zapasowe.


Strona 127

MAK: "Na chwilę wylotu samolotu rzeczywista pogoda na lotnisku Smoleńsk "Północny" była poniżej ustalonego minimum samolotu i dowódcy statku powietrznego, dla podejścia do lądowania według posiadanych na lotnisku systemów podejścia."

Polscy eksperci:

Warunki atmosferyczne poniżej minimalnych nie tylko samolotu, ale i jego dowódcy wystąpiły już o godz. 05.09 UTC przed lądowaniem samolotu JAK-40 o godz 05.15, o czym kierownik lotów (KL) nie poinformował załogi tego samolotu. Zdaniem strony polskiej lądowanie w takich warunkach atmosferycznych zapoczątkowało proces przyczynowo-skutkowy zakończony katastrofą samolotu Tu-154M.

Po wylądowaniu samolotu Jak-40 KL wyraził zgodę (wbrew przepisom FR dla lotnictwa państwowego - "W lotnictwie państwowym "próbne" podejścia do lądowania w warunkach pogodowych poniżej minimów nie są przewidziane." str. 164) na próby lądowania samolotu Ił-76 w warunkach znacznie poniżej ustalonego minimum samolotu i dowódcy tego statku powietrznego. Występowanie na lotnisku Smoleńsk "Północny" warunków atmosferycznych poniżej minimum lotniska powinno być podstawą do skierowania samolotów Jak-40, Ił-76 i Tu-154M na lotniska zapasowe, co w przypadku Tu-154M sugerował KL.

Strona 128

MAK: "Załoga otrzymała przed startem dane meteorologiczne dla lotniska startu, lotnisk zapasowych, a także po trasie lotu. Rzeczywistej pogody i prognozy dla lotniska docelowego Smoleńsk "Północny" załoga nie miała. Prognoza pogody dla lotniska zapasowego Witebsk była nieaktualna. Meteorologiczne zabezpieczenie lotu szczególnie ważnego było niedostateczne."

Polscy eksperci:

"Polska strona przed wylotem samolotu Tu-154M z Warszawy nie posiadała dostępu do danych meteorologicznych z lotniska Smoleńsk "Północny", które były jedynie dostępne w rosyjskiej wojskowej służbie meteorologicznej i u kontrolerów na lotnisku Smoleńsk "Północny" oraz w biurze meteorologicznym bazy lotniczej w Twerze. (...) Załodze udzielono przed wylotem z Warszawy pełnej konsultacji meteorologicznej o pogodzie zarówno po trasie jak i przedstawiono prognozę pogody na lądowanie na lotnisku Smoleńsk "Północny". (...) Zarówno kierownik stacji meteorologicznej, jak i nadzorująca jego pracę zmiana dyżurna biura meteorologicznego w bazie lotniczej w Twerze, opracowały prognozy, które się nie sprawdziły. (...) najmniejsza widzialność pozioma była 3,0-4,0 km, a najniższe podstawy chmur 600-1000 m. (...)

Po pogorszeniu się WA (warunków atmosferycznych - Foxx) na lotnisku Smoleńsk "Północny" o godz. 05.09 UTC, poniżej minimum lotniska, prognoza o godz. 05.12 UTC została poprawiona i najbardziej niekorzystne WA przewidywały podstawę chmur niskich na 150-200 m oraz widzialność poziomą 1,5-2,0 km, pomimo że na lotnisku w tym czasie występowały już warunki znacznie poniżej prognozowanych. (...)

Zabezpieczenie meteorologiczne lotu szczególnie ważnego było zorganizowane niedostatecznie nie tylko przy starcie z Warszawy, ale także podczas lotu w przestrzeni powietrznej Federacji Rosyjskiej, w tym podczas zabezpieczania lądowania na lotnisku Smoleńsk "Północny". Świadczy o tym brak pełnej informacji o pogodzie od KL lotniska Smoleńsk "Północny" po nawiązaniu z nim łączności przez załogę Tu-154M, w tym danych o widzialności pionowej (info o podstawie chmur - Foxx)."

Strona 131

MAK: "Faktyczna widzialność w miejscu katastrofy (rejon BPRM) była mniejsza, niż na lotnisku, z powodu osobliwości ukształtowania terenu (zagłębienie). Widzialność pionowa w rejonie BPRM nie przekraczała 20 metrów."

Polscy eksperci:

"Zgodnie z danymi zawartymi w Raporcie na 188 str. widzialność pozioma w rejonie BPRM została oceniona na 50-100 m, natomiast widzialność pionowa na 10-15 m."

MAK: "Załoga Tu-154M niejednokrotnie w procesie zniżania i podejścia do lądowania była uprzedzana przez służby kierowania ruchem lotniczym (...) o braku niezbędnych warunków atmosferycznych dla wykonania lądowania na lotnisku. Decyzji o locie na lotnisko zapasowe załoga nie podjęła, co można uznać za początek szczególnej sytuacji w locie."

Polscy eksperci:

"KL lotniska Smoleńsk "Północny" przekazywał przez radio załogom Jak-40 i Ił-76 dane o widzialności poziomej nieodpowiadające faktycznie już występującej, a odpowiadającej minimum lotniska. (...) Nie informował załóg Ił-76 i Tu-154M o podstawie chmur (a w zasadzie widzialności pionowej) po wylądowaniu Jak-40, kiedy widział, że jest poniżej 50 m. Była to informacja dla załóg mówiąca, że na wysokości decyzji ziemia nadal nie będzie widoczna."


Na koniec jedna rzecz z wielu wątków, o których "media głównego nurtu" nieszczególnie mówią.

Strona 126

MAK: "Samolot był wyposażony w system wczesnego uprzedzania o zbliżaniu do ziemi (TAWS ) i w system kierowania lotem (FMS). Systemy w czasie lotu były włączone i sprawne."

Polscy eksperci:

"System kierowania lotem (FMS) samolotu Tu-154M nr 101 składał się z dwóch jednakowych urządzeń UNS-ID, których głównymi elementami były komputery - Navigation Computer Unit (NCU). W wyniku przeprowadzonych prac odzyskano dane tylko z jednego - NCU nr 281. Drugi NCU nr 1577 był uszkodzony w stopniu uniemożliwiającym odzyskanie danych. Nie zostało wyjaśnione w jaki sposób ustalono, że obydwa FMS-y były włączone i sprawne."


Jednym słowem, wiemy że piloci nie korzystali z TAWS (lotnisko w Smoleńsku nie było wprowadzone do systemu), a nie ma podstaw, by stwierdzić, że jedyny system kierowania, z którego korzystali działał prawidłowo. Skoro tak, dlaczego Rosjanie stwierdzili, że działał?

18 kwietnia 2010 w notce Cui bono 2 czyli kwestia stylu postawiłem trzy kwestie:

- w pierwszych dniach po katastrofie strona rosyjska prowadziła akcję dezinformacyjną, kierując powszechną uwagę wyłącznie na osobę polskiego pilota

- biorąc pod uwagę przebieg jego dotychczasowej służby oraz cechy osobowości, popełnienie przez niego błędu, w wyniku którego samolot podchodząc do lądowania znajdował się o ok. 100 metrów niżej, niż powinien wydaje się umiarkowanie prawdopodobne

- zdaniem strony rosyjskiej wszystkie urządzenia w samolocie przed katastrofą działały poprawnie - każdy wie, że komputer mający rozwiązać równanie, po wprowadzeniu nieprawidłowych danych również działa jak najbardziej poprawnie, tylko wynik operacji się nieco różni od prawidłowego

Jest 31 lipca 2011.