niedziela, 24 lutego 2008

Od Sasa do lasa

W publicystyce prawicowej przewija się porównanie ustroju oryginalnej III RP (1990-2005) i jej wewnętrznej sytuacji politycznej do okresu, w którym Polską rządzili Sasi (umownie: 1650 - 1750). Wydaje mi się, że ówczesna sytuacja międzynarodowa - przez większość czasu bardzo słaba Rosja, wczesny etap integracji europejskiej, silna pozycja USA - nie pasowała do tego modelu. Czym się on charakteryzował?

Realna władza była skupiona w rękach magnatów, mających wszystkie cechy dzisiejszych oligarchów (a czasami "wpływowych autorytetów"). Niewielu z nich się kierowało interesem innym, niż własny. Słabi królowie nie byli w stanie prowadzić całościowej i spójnej polityki państwa. Dochodziło więc do takich sytuacji, jak zwrócenie się do sąsiedniej Rosji o wywarcie presji na "własnym" królu (Auguście II - saksończyku, który objął tron dzięki przekupieniu części głosującej na elekcji szlachty), by liczebność polskiej armii ograniczył do... 12 tys. Dla porównania, każda z głównych armii państw sąsiednich... rosyjska i pruska dysponowały po ponad 100 tysiącami żołnierzy.

Po śmierci Augusta, panowie szlachta zdecydowali, by jednak nie wybierać na tron polski cudzoziemców. Wybrany więc został Stanisław Leszczyński, uznawany za niegłupiego człowieka. Ciekawe były następstwa tej decyzji. Otóż niezadowolone z takiego obrotu sprawy Rosja, Prusy i Austria zgodnie z ustaleniami tzw. traktatu Loewenwolda (1732) wprowadziły swoje wojska do Polski, by pod nadzorem takich właśnie obserwatorów pilnujących prawidłowości w przeprowadzeniu elekcji - doprowadzić do wyboru Augusta III. Dokładniej: Friedricha Augusta III. Obrońcy Leszczyńskiego (i Polski przy okazji), skupieni w tzw. konfederacji dzikowskiej nie mieli żadnych szans, chociaż samotnie walczyli przez rok.

Na koniec tego krótkiego szkicu, warto zwrócić uwagę na ówczesny rozkład wpływów. Obce państwa przeznaczały pokaźne sumy na opłacanie polskich magnatów - za te pieniądze (z Prus) Potoccy zablokowali reformy państwa na sejmie w Grodnie (1744), Czartoryscy dla odmiany grali w jednym "teamie" z Rosją.

Po co to wszystko przypominam? Z dwóch powodów - ówczesna sytuacja polityczna Polski i okolic świetnie ilustruje kwestię tzw. "teorii spiskowych". Otóż, być może warto zadać pytanie, dlaczego za takowe w okresie 1990-2005 powszechnie uznawano jakiekolwiek założenie, że inne państwa starają się wpływać na polską scenę polityczną w sposób zgodny z własnymi interesami i przy pomocy takich narzędzi, jakimi dysponowały na przełomie wieków.

Samo stawianie podobnych pytań było uznawane za "obsesyjne oszołomstwo" ("wpływowe autorytety" tamtego okresu do dzisiaj próbują w tym kierunku "czarować" rzeczywistość). Dlaczego? Czy - patrząc na fakty historyczne - postawa taka nie jest w najlepszym razie przykładem naiwości?

Przypomnijmy więc sytuację w Wojskowych Służbach Informacyjnych przed rokiem 2005, opisywany stan - 2004:

Konto WSI poważnie obciążają afery szpiegowskie. - Kiedy znajduje się "kreta" we własnych strukturach, to jest to powód do całkowitego przemodelowania pracy całej służby. Kiedy znajduje się ich kilku, jedynym rozwiązaniem jest likwidacja - mówi jeden z byłych oficerów wojskowego wywiadu.

A tylko WSI mogą się "poszczycić" agentami obcego wywiadu w swoich szeregach. Przede wszystkim agentami rosyjskimi, ale znalazł się i agent CIA. To zatrzymany w 1996 r. przez UOP pułkownik wojskowego wywiadu Włodzimierz Sz. Amerykański szpieg nie doczekał się nawet procesu w kraju, ponieważ nie przeszkodzono mu w wyjeździe za granicę. Już po przyjęciu Polski do NATO aresztowano kolejnych oficerów WSI, tym razem z kontrwywiadu i pracujących dla Rosjan. Zatrzymanie z dwumiesięcznym opóźnieniem ostatniego z nich dla ówczesnego kierownictwa UOP było kolejnym dowodem na "nieszczelność" WSI. - Dowiedzieliśmy się, że ktoś tego oficera ostrzegł, któryś z kolegów, dlatego nieoczekiwanie trafił do szpitala psychiatrycznego. Wtedy postanowiliśmy zatrzymać go fortelem - opowiada b. szef UOP Zbigniew Nowek. Miał on wezwać oficera łącznikowego WSI i zakomunikować, że UOP sprawę zamknął, reszta jest w gestii wojska. - Ów oficer wyszedł ze szpitala szybko i tak był pewny, że się wywinie, że nie wyrobił sobie nawet wariackich papierów. Zamknęliśmy go tuż za bramą - mówi Nowek.

Ostatnia - tegoroczna - wpadka to podporucznik, który sam zgłosił się do Rosjan, deklarując chęć współpracy. W służbie pracowała też jego żona. Jeden z wyższych oficerów z czasów gen. Rusaka opowiada, że człowiek ten został za jego kadencji "odizolowany". - Oznacza to, że nie miał dostępu do informacji niejawnych, zajmował się przysłowiową rezerwacją biletów na wyjazdy służbowe, działaniami administracyjnymi - mówi oficer. Zapewnia też, że cały czas był poddawany wewnętrznej obserwacji. Gdy szefem WSI został Dukaczewski, ów funkcjonariusz miał otrzymać awans oficerski i przeniesienie do pracy w pionie analiz. Dukaczewski protestuje przeciwko tej wersji, ale nie chce podawać szczegółów. Sugeruje, że oficer był cały czas obserwowany.

(źródło)

Po wyborach 2005 nastąpiło szereg bardzo mocnych wystąpień dyskredytujących rząd polski oraz - wprost - nawoływań do konkretnych działań przez obce państwa i instytucje międzynarodowe. Ich autorami były właśnie "wpływowe autorytety" z wcześniejszego okresu... No, ale były wybory 2007. I słynna akcja tzw. "koalicji 21 października" ("zmień Polskę, idź na wybory"), w której skład weszły:

Forum Obywatelskiego Rozwoju - fundacja założona przez Leszka Balcerowicza, która oczywiście deklaruje... brak działań w sferze politycznej.

Fundacja Batorego - znana instytucja. Finansowany m.in. przez Gerorga Sorosa think-tank socjal-demokratycznej części dawnej opozycji, skupionej obecnie na ofensywnej obronie (cokolwiek by to miało znaczyć;) tzw. "dorobku III RP" z lat 1990 - 2005.

Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych "Lewiatan" - organizacja, której szefową jest wystawiona przez ww. środowiska w wyborach prezydenckich Henryka Bochniarz - niedawno dużym echem odbiła się informacja o wydanym przez nią zakazie udzielania mediom krytycznych wypowiedzi wobec rządu D. Tuska przez ekonomicznych ekspertów Konfederacji. Wprowadziła go po opublikowanej w "Pulsie Biznesu" wypowiedzi jednego z nich, zawierajacej tezę, że rozwiązania proponowane przez PiS były bardziej przyjazne dla przedsiębiorców, niż to, co proponuje PO.

Państwowa Komisja Wyborcza uznała, że emisja spotu nawołującego do zmiany rządu w czasie ciszy wyborczej nie była jej złamaniem. Wszystko jest więc w porządku.

No i mamy nowy rząd, chwalący się właśnie dorobkiem swoich pierwszych 100 dni. Mamy też zupełnie inną, niż kilka lat wcześniej sytuację międzynarodową. Silna Rosja, ekspansywnie walcząca o swoje interesy, Ukraina żywcem przypominająca Polskę z czasów saskich (dość przypomnieć rozpatrywaną zbrojną interwencję Rosji po stronie Janukowycza), atomizująca się - wbrew formalnej integracji - Unia Europejska.

Jak w tym wszystkim rząd PO - PSL się znajduje?

Służby. Premier najpierw udziela wywiadu, w którym informuje obywateli, że jego zdaniem trwa tam "wojna prywatnych armii", później deklaruje nie korzystanie z mozliwości, jakie ustawa o likwidacji WSI mu daje, by rząd mógł mieć wpływ na ten proces i go monitorować. Po prostu wzrusza ramionami, zostawiając rzecz opozycyjnemu PiS - a przestraszone SLD apeluje wcześniej o zawieszenie działalności kontrwywiadu wojskowego... W przeddzień wizyty szefa rządu w Moskiwe. Czy ktoś widział tak rządzone państwo? Przypadkiem nie Stanisław Leszczyński?

Polityka zagraniczna - rzeczy wspomniane przez Pawła Kowala, plus np. podjęcie rosyjskiej gry w sprawie licencji na sprzęt wojskowy. Kto jest rzucany na ten odcinek? Stanisław Ciosek (były doradca A. Kwaśniewskiego, wcześniej członek Biura Politycznego PZPR). Deklaracja Sikorskiego w sprawie Kosowa i... krok w tył. Oczywiście bardzo dobrze, że przystopowano, ale co w takim razie oznaczała deklaracja Sikorskiego? I jaki jest jej związek z jego bardzo dobrymi kontaktami w USA, które to państwo żyruje wyrwanie Serbii tej prowincji.

Wygląda to identycznie, jak wcześniej w kwestiach programowych: zlikwidujemy KRUS - eee, jednak nie; podatek liniowy - wprowadzimy - eee, może nie - a może tak... 3 x 15? eee - a może 17? 19? A tu jest real - tu trzeba rządzić i podejmować decyzje. Ale się tego nie robi.

Tymczasem zarówno W. Pawlak, jak i frakcje w służbach "grają swoje", co pośrednio skutkuje daleko idącą repostkomunizacją administracji państwa. Trzeba napisać to wprost - idiotyzmem byłoby założenie, że z takiej sytuacji nie korzystają służby obce.

Interesujące będzie dowiedzieć się kiedyś, z czyją pomocą.


Zdjęcie Augusta II Mocnego (Sasa) wziąłem stąd


EDIT, godz. 19:20: życie, jak to często bywa dopisuje komentarz:

SKW storpedowała projekt ujawnienia powiązań polskich urzędników z rosyjskimi służbami
2008-02-24 18:18

Służba Kontrwywiadu Wojskowego pod kierownictwem Grzegorza Reszki storpedowała projekt ujawnienia powiązań polskich urzędników z rosyjskimi służbami – ujawnia na łamach „Wprost” Tadeusz Witkowski, były pracownik SKW, badacz akt Instytutu Pamięci Narodowej.

Witkowski, który zasłynął w 2006 r., gdy ujawnił, że ks. Mi chał Czajkowski był agentem SB, w 2007 r. został zatrudniony przez Antoniego Macierewicza w SKW. Zaproponował projekt, który został wysoko oceniony przez szefostwo służby. Przewidywał on stworzenie biograficznego słownika służb specjalnych PRL – bazy danych, którą można by wykorzystać do celów analitycznych oraz szkoleniowych. Odtajniona część materiałów miała się znaleźć w wydawnictwie opracowanym we współpracy z Biurem Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej.

W listopadzie 2007 zmieniło się kierownictwo SKW. Szefem został Grzegorz Reszka, który wkrótce po objęciu funkcji wezwał do siebie Witkowskiego. Oświadczył, że projekt dowodzi „nieznajomości spraw operacyjnych", w związku z czym SKW rozwiązuje z Witkowskim umowę o pracę. - Pismo, które odebrałem 24 stycznia 2008 r., zawierało taki akapit: „Przyczyną wypowiedzenia umowy o pracę jest niewłaściwa realizacja zadań wynikających z zatwierdzonego i podpisanego przez pana zakresu obowiązków. Równocześnie wykonywał pan zadania wykraczające poza ustalony zakres obowiązków, nie związane bezpośrednio z realizacją przez SKW ustawowych zadań. Składane przez pana propozycje dalszych swoich działań świadczą o tym, iż niewłaściwie interpretuje pan ustawowe zadania SKW”. Niewtajemniczonym wyjaśniam, iż w „zakres moich obowiązków” nie wchodziła praca w Komisji Weryfikacyjnej WSI, tę wszakże wykonywałem bezpłatnie poza normowanym czasem, spędzając przy biurku średnio 14 godzin na dobę – pisze we „Wprost” Tadeusz Witkowski.

Stworzenie proponowanej przez Witkowskiego bazy danych pozwoliłoby uniknąć wielu skomplikowanych i czasochłonnych procedur związanych z lustracją i znacznie ułatwiłoby podejmowanie decyzji przy nominacjach na stanowiska rządowe. Pozwoliłoby na przykład szybko ustalić, kto z dzisiejszych pracowników MON utrzymywał w przeszłości nieoficjalne kontakty z przedstawicielami ministerstwa obrony Federacji Rosyjskiej.

- Studiując dokumenty przejęte po służbach cywilnych i wojskowych, zrozumiałem, że jednym ze źródeł zagrożenia bezpieczeństwa narodowego jest dzisiaj utrzymywanie w ścisłej tajemnicy danych, które powinny być odtajnione wiele lat temu. Z lektury tych materiałów wyciągnąłem dwa wnioski. Po pierwsze, niektóre nominacje na stanowiska związane z resortem obrony nie odpowiadają kryteriom bezpieczeństwa stosowanym przez sojuszników Polski. Po drugie, to, co w dziedzinie służb specjalnych jest obwarowywane murem tajemnicy, pozostaje często całkowicie przezroczyste dla służb rosyjskich – komentuje Tadeusz Witkowski.

(źródło)


Aktualizacja: 21.05.

Polityka wschodnia do góry nogami
Maja Narbutt 24-02-2008, ostatnia aktualizacja 24-02-2008 18:40

Polityka zagraniczna polskiego rządu zbiera fatalne recenzje. Nasi wschodni sąsiedzi nie mogą zrozumieć, dlaczego premier Tusk zdążył już być w Berlinie i Moskwie, a ciągle nie wyznaczył terminu wizyty w Kijowie – pisze Maja Narbutt, publicystka „Rzeczpospolitej”
Po raz pierwszy od czasu odzyskania przez Ukrainę niepodległości mamy wrażenie, że Polacy nie są z nami szczerzy. Wygląda na to, że gwałtownie zmieniacie swą politykę – mówi „Rzeczpospolitej” Leonid Krawczuk, pierwszy prezydent Ukrainy.

– Nie chcę oceniać polskiej polityki zagranicznej – zastrzega jeden z najbardziej znanych polityków Europy Wschodniej Vytautas Landsbergis. – Powiem jedno: w polityce trzeba mieć wizję. Nie można żyć tylko dniem dzisiejszym i kalkulować, co w tej chwili się opłaca. Pragmatyzm łatwo staje się konformizmem i kończy fatalną Realpolitik. Nie zawsze trzeba wsłuchiwać się w głos europejskich stolic, tańczyć pod muzykę z Berlina.

Polska traci pozycję regionalnego lidera. Rezygnuje z tego, co było jej siłą – mówi litewski politolog Vytautas Radżvilas

Polska polityka wschodnia zmieniła się całkowicie. Wygląda na to, że nowa ekipa postanowiła zniszczyć to, co robili poprzednicy – dodaje znany ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz.

Piłsudski przewraca się w grobie

Kiedy rozmawia się z intelektualistami ukraińskimi, można usłyszeć, że „Piłsudski przewraca się w grobie”, bo Polska przestała rozumieć, że jej racja stanu wymaga wolnej, silnej Ukrainy. Analitycy polityczni mówią, że rezygnujemy z ambicji regionalnego lidera. Polityka zagraniczna nowego polskiego rządu zbiera fatalne recenzje. Nasi wschodni sąsiedzi nie mogą zrozumieć, dlaczego premier Donald Tusk w ciągu 100 dni swych rządów zdążył być w Berlinie i Moskwie, a ciągle nie wyznaczył terminu wizyty w Kijowie. Wniosek płynie jeden – w polskiej dyplomacji ciągłość nie obowiązuje. Nowa ekipa potrafi być nieprzewidywalna.

— Nie ma znaczenia, kiedy dojdzie do spotkania premierów Polski i Ukrainy, bo w końcu do niego dojdzie. Nie jest ważne, czy Donald Tusk pojedzie do Kijowa, czy premier Tymoszenko – do Warszawy — tłumaczy poseł PO, szef sejmowej komisji spraw zagranicznych Krzysztof Lisek. — Staramy się rozwiać niepokój naszych wschodnich partnerów, że w polskiej polityce zagranicznej dzieje się coś złego. Długo rozmawiałem na ten temat z doradcę prezydenta Litwy. A dlaczego Litwini czują niepokój? Nie wiem. Może to wpływ publikacji prasowych.

Mniej lub bardziej oficjalnie z Kancelarii Premiera Tuska płyną sygnały, że polityka polityka wschodnia – zwłaszcza wobec Ukrainy – ma być oparta na racjonalnych przesłankach. Skrupulatnie sprawdzimy, co dostaliśmy od Ukrainy za wspieranie jej aspiracji proeuropejskich. Policzymy, czy Ukraińcy nie chcą od nas za dużo. I – jak powiedział dziennikarzom jeden z liderów Platformy Obywatelskiej – „nie damy się szantażować Giedroyciem”, czyli przekonaniem, że Polacy i tak muszą wspierać wolną Ukrainę, bo wymaga tego nasza racja stanu.

W teorię, że nowy rząd mógłby myśleć o polityce z Ukrainą w kategorii symetrii i kierować się doraźnym rachunkiem politycznym, trudno uwierzyć byłemu prezydentowi RP Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, którego mediację w czasie pomarańczowej rewolucji Ukraińcy wspominają do dziś. – Wielkie strategie są budowane przez wielkich polityków, a nie sklepikarzy, którzy liczą każdy grosz, żeby bilans się im zgadzał – podkreśla Aleksander Kwaśniewski. – Powiem szczerze: ciągle powinniśmy dawać więcej niż brać, bo gramy o dużą stawkę.

Polacy nie lubią czekistów
Kiedy pytam Vytautasa Landsbergisa, co premier Polski mógł uzyskać, składając wizytę na Kremlu, zapada milczenie. – Nic, właściwie nic. I nawet 100 uśmiechów nie zdoła przekonać Putina, że Polacy lubią czekistów – mówi w końcu pierwszy przywódca niepodległej Litwy.

Fakt, że Donald Tusk pojechał do Moskwy, nie wzbudził emocji u naszych wschodnich sąsiadów. Pojawiły się wprawdzie głosy krytyczne, ale w końcu wizyta polskiego premiera była wewnętrzną sprawą Polski. Jednak sugestia, że premier Tusk mógł dokonać przełomu w stosunkach z Rosją, spotyka się ze sceptycyzmem. Politycy i analitycy są skłonni najwyżej przyznać, że mógł wysłać sygnał pod adresem Brukseli. – Polacy chcą ułożyć sobie sobie stosunki z Rosją – powtarzają, dodając jednak, że ten sygnał mógł zostać na Kremlu niewłaściwie zinterpretowany. Bo polityczne gry z Rosją to zajęcie tylko dla doświadczonych graczy.

Kreml stosuje zasady obowiązujące w rosyjskich łagrach. Kiedy pojawia się ktoś nowy, stara się go zaskoczyć, sprawdza, gdzie jest jego słaby punkt. Jeśli ten ktoś się cofnie, okaże słabość, to już przegrał – tłumaczy Audrius Baculis, komentator opiniotwórczego tygodnika „Veidas”.

Rosja poważnie traktuje jedynie twardych polityków. Taką opinię – dla jednych oczywistą, dla drugich obrazoburczą – warto wziąć pod uwagę, zważywszy, że wygłasza ją Vytautas Landsbergis, który latami kreował stosunki swego kraju z wielkim wschodnim sąsiadem i nie ugiął się pod jego presją. – Na Kremlu szacunek budzi wyłącznie stanowczość – mówi Landsbergis i z pewną przekorą dodaje: – Nie chciałbym, by powstało wrażenie, że Landsbergis namawia Polskę, by drażniła Rosję. Ale argument, że coś „drażni Rosję ”jest nadużywany. Bo w końcu, czy ponosimy odpowiedzialność za stany emocjonalne Rosji?

Być jak Jarosław

– Polska traci pozycję regionalnego lidera. Rezygnuje z tego, co było jej siłą. Mam wrażenie, że ta prawda do Polski nie dociera: znaczna część litewskich elit jest zachwycona braćmi Kaczyńskimi – mówi politolog z Litewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Vytautas Radżvilas. – Zdajemy sobie też sprawę, że za swą twardą politykę międzynarodową Kaczyńscy płacili wysoką cenę osobistą i moralną.

Kiedy tydzień temu w 80. rocznicę odzyskania przez Litwę niepodległości odbyła się w Wilnie międzynarodowa konferencja historyczna pod patronatem prezydenta Valdasa Adamkusa, jej polscy uczestnicy ze zdumieniem słuchali entuzjastycznych opinii o „charyzmatycznych Kaczyńskich”.

– Litewscy politycy bardzo szanują Kaczyńskich. Nie są to może mili faceci, gładcy politycy mówiący tak, by nikogo nie urazić. Ale to twardzi zawodnicy, którzy bez kompleksów walczą o narodowe i regionalne interesy – przyznaje jeden z najbardziej znanych litewskich komentatorów Audrius Baculis.

W kręgu litewskich dziennikarzy politycznych można usłyszeć plotki, kto z młodych polityków stylizuje się na Jarosława Kaczyńskiego, zaś w kuluarach MSZ mówi się, że Polska do tej pory działała w instytucjach europejskich jak taran – wywalała drzwi, przez które Litwini mogli wejść i przedstawić swe racje. – Takiej twardości brakuje litewskim politykom. Kiedy premier Giedyminas Kirkilas pojechał do Brukseli, by załatwić zgodę na przedłużenie działania elektrowni atomowej w Ignalinie, wyszedł z ważnego gabinetu po pięciu minutach i powiedział, że jakoś sobie poradzimy bez Ignaliny – opowiada litewski dziennikarz. – Wszyscy aż jęknęli. I pomyśleli: a Polacy by nie ustąpili.

Twardą grę prezydenta Lecha Kaczyńskiego Litwini odczuli osobiście. Podczas ubiegłorocznej jesiennej wizyty w Wilnie okazało się, że nie podpisze on umowy o moście energetycznym. Uznał, że wspólne projekty energetyczne w proponowanym kształcie nie są dla Polski korzystne. – Reakcje mediów były wręcz histeryczne. Kaczyńskiego atakowano bezpardonowo, zarzucając mu zdradę polsko-litewskich sojuszy – mówi miejscowy polski dziennikarz. – Kiedy wystąpił w telewizji, w ostatniej chwili, gdy już odpinał mikrofon, dziennikarka spytała prowokacyjnie: – To Wilno nasze czy wasze?”, Kaczyński odparł spokojnie: – Nie ukrywam, że kiedy patrzę tu przez okno, boli mnie serce. Ale myślę, że Niemcy we Wrocławiu czują to samo.

Partnerstwo strategiczne? Niekoniecznie

W rozluźnionej atmosferze towarzyszącej nieoficjalnej wizycie w Wilnie jeden z liderów Platformy udzielał wywiadu polskiemu dziennikarzowi. – Partnerstwo strategiczne z Litwą? Ja nigdy takiego terminu nie używałem – mówił, tłumacząc, że „nie można budować Unii w Unii albo NATO w NATO”, a „starą polską chorobą jest, że najpierw się mówi hop, a potem skacze”.

Kilka godzin później, w popłochu, postarał się o wycofanie wypowiedzi. Gdyby wywiad opublikowano w całości, z pewnością wybuchłby skandal. W najlepszym wypadku litewskie elity uznałyby to za dowód niekompetencji polskiego polityka.

– Dlaczego Litwa sprzedała Orlenowi pakiet kontrolny w rafinerii w Możejkach? Właśnie dlatego, że jesteście naszym partnerem strategicznym. Ostateczna decyzja zapadła po telefonie prezydenta Kaczyńskiego do naszego prezydenta, gdy zrozumieliśmy, że Polsce naprawdę na tym zależy – wspomina jeden z litewskich polityków, który z bliska obserwował negocjacje.

Gdyby Litwini doszli teraz do wniosku, że Polska prowadzi nieszczerą grę, polskie inwestycje stanęłyby pod znakiem zapytania. – Orlen chce kupić całość akcji rafinerii. Na Litwie jest już wystarczająco duży polski kapitał, by nasz rząd się na to nie zgodził – tłumaczy jeden z litewskich polityków. – Kaczyńscy napełnili pojęcie „partnerstwo strategiczne” prawdziwą treścią. Jeśli jednak coś się zmieni w naszych relacjach lub Polska wycofa się ze wspólnych projektów energetycznych, możecie nie mieć złudzeń, że polscy inwestorzy coś u nas osiągną.

Rozwiane złudzenia

Kiedy rozmawia się z ukraińskimi politykami i intelektualistami, trudno się oprzeć wrażeniu, że im przyjaźniej traktowali dotąd Polskę, tym bardziej czują się rozgoryczeni. – Psychologicznie staram się zrozumieć, dlaczego nowa polska ekipa tak wywróciła całą wschodnią politykę. I doszedłem do wniosku, że zrobiła to, by się różnić od poprzedników. Tak dziecinnie, na złość, nie oglądając się na skutki – mówi literacką polszczyzną znany pisarz Jurij Andruchowycz. – I chciałbym, by było jasne: wszyscy moi znajomi w Polsce głosowali na PO. Ja też myślałem, że dla Polski i dla Ukrainy to najlepszy wybór. Młodzi liberalni politycy, zamiast konserwatywnych nacjonalistów, jak pisały o Kaczyńskich zachodnie gazety. Dziś gorzko tego żałuję.

O swoim rozczarowaniu mówi również lwowski publicysta piszący na tematy polsko-ukraińskie Anton Borkowski. Uważa, że nowy rząd trwoni kapitał zaufania do Polski, jaki przez lata wypracowali jego poprzednicy, i zdążył już podważyć polską rację stanu. – Aksjomatem polskiej polityki wschodniej od czasu Piłsudskiego było to, że trzeba wzmacniać mocną, suwerenną Ukrainę, bo wymaga tego wasz interes narodowy – mówi Borkowski. – Piłsudski przewraca się dziś w grobie. A ja, antykomunista, powiem otwarcie – postkomunista Aleksander Kwaśniewski, który według wielu Ukraińców zadecydował o zwycięstwie pomarańczowej rewolucji, rozumiał sprawy, których nie może pojąć były opozycjonista z Gdańska.

Nieodrobione lekcje

Polityka Polski wobec Ukrainy nie jest przedmiotem debaty w tym kraju. Skomplikowana sytuacja wewnętrzna sprawia, że uwaga Ukraińców koncentruje się na innych sprawach niż publiczne rozważanie, dlaczego właściwie premier Tusk nie znalazł czasu na wizytę w Kijowie. – Polska przestaje być u nas widoczna. Niedługo wszyscy do tego przywykną, zapomną, że było inaczej – przyznaje politolog Myroslaw Popowycz.

– Nie wpadam w panikę, nie mówię, że już stało się nieszczęście. Ale jeśli premier Tusk nie odrobi tego zadania, jakim jest poznanie liderów ukraińskich i sam nie da się poznać ukraińskiej opinii publicznej, będzie to miało fatalne skutki dla Polski – uważa Aleksander Kwaśniewski. – Tracimy kompetencje, za które nas ceniono. Bo dla świata jesteśmy wiarygodni nie jako mediator w kwestii serbsko-kosowskiej, ale jako ekspert od Ukrainy.

Kiedy Kwaśniewski był prezydentem Polski, na zamkniętych posiedzeniach liderów NATO referował kwestie ukraińskie, a eksperci robili notatki. Kompetencje w kwestii Gruzji zdobył prezydent Lech Kaczyński. Gdy w Gruzji wybuchł kryzys polityczny i Micheil Saakaszwili wprowadził stan wyjątkowy, Kaczyński nie przyłączył się do powszechnego wówczas potępienia prezydenta Gruzji.

Razem z prezydentem Litwy Valdasem Adamkusem podjął w Tbilisi rozmowy z liderami opozycji i z Saakszwilim. Kiedy Saakaszwili wygrał przedterminowe wybory, obaj szefowie państwa byli honorowymi gośćmi na inauguracji jego prezydentury, a wszyscy eksperci twierdzą, że Polska jest traktowana w regionie jako przedstawiciel UE.

Jeśli nowa polska ekipa odsuwa się od robienia polityki wschodniej, to znaczy, że ma prowincjonalne kompleksy – mówi jeden z czołowych analityków ukraińskich. – Bo co tak naprawdę znaczycie dla Rosji? Kiedy Putin rozmawia z Tuskiem, ani przez moment nie myśli, że polski premier jest dla niego partnerem. Putin ma władzę absolutną w imperium, a gdy ją odda, będzie i tak potężny jako multimiliarder. Polski polityk liczy się tylko wtedy, gdy ma wizję i umie podjąć wielką strategiczną grę, której stawką jest przyszłość Ukrainy.

(źródło)

12 komentarze:

Sekstus_Empiryk pisze...

Witam, i od razu wyjaśniam,że niżej podpisany to Kawaler z salonu.
Chciałem tylko skrobnąć parę uwag odnośnie historii. Dzisiaj historycy skłonni są nieco rozjaśnić obraz saskich mroków. Raczej odrzuca się przekonanie,że od Sejmu Niemego w 1717 roku Polska była po prostu rosyjskim protektoratem - w latach 1718-1719 wymuszono na Rosji wycofanie wojsk, korzystając z dyplomatycznego poparcia Anglii i Prus, co nie jest zachowaniem wasala. August II wcale nie planował rozbiorów Polski - to pruska propaganda puściła takie wieści. Ogólnie - za obu Augustów wpływy rosyjskie krzyżowały się z autriackimi, co pozwalało na pewne balansowanie, poza tym fakt,że byli to dynaści niemieccy tak naprawdę zwiększał ich możliwości manewru ( elektorzy Saksonii byli pierwszymi elektorami świeckimi Rzeszy, a i zasoby finasowe mieli spore ). Kres tej sytuacji położyła wojna siedmioletnia - Saksonia zrujnowana, Austria osłabiona,ścisły sojusz Prus z Rosją, przy pruskiej zgodzie na oddanie Polski pod rosyjski protektorat, wreszcie wybór Poniatowskiego. Co oczywiście nie przeczy obcym wpływom aż do "ingerowania w wewnętrzne sprawy", ale były one silne i wcześniej; z tym że paralela do działalności szpiegowskiej jest niedokładna, bo te wpływy manifestowały się zwykle całkiem jawnie. Magnaci uważali,że "dla dobra wolności" można brać pieniądze od obcych dworów i szukać u nich pomocy przeciw własnemu królowi, nie tylko zresztą w Polsce tak sądzono. Gdyby stosować współczesną kategorię zdrady, to większość politycznych elit Europy powinna zawisnąć lub dać głowę.
Alem się rozpisał;) pozdrawiam

Foxx pisze...

Witam,

Że też trafiłeś akurat na ten post :)

Cóż, nie do końca się z Tobą zgodzę. Jest pewien zakres spraw, które można zdefiować, jako interes określonego państwa. I tak:

- słabość władz Polski działa na rzecz państw, których interesy są z Polską sprzeczne

- współpraca z ich rządami jest więc działaniem na szkodę własnego państwa

Chodzi więc o cele. Dokładnie tak, jak współcześnie - zupełnie inny cel miał Jaruzelski, deklarując Breżniewowi, że rozwiąże kwestię "polskiej kontrrewolucji", a inne Kaczyńscy, zachowując spolegliwą postawę wobec USA. Tak, jak w "czasach saskich" inaczej nalezy oceniać współpracę Potockich z Francją na rzecz Leszczyńskiego, a inaczej koszachty tych samych Potockich z Prusami.
Ja nie dokonałem "liniowej" paraleli z samym szpiegostwem. Inna rzecz, że nie sądzę, by opłacaniem polskich magnatów zajmował się ktoś inny, niż ówczesny wywiad zainteresowanych państw.

Piszesz o stawianiu przez szlachtę "złotej wolności" ponad sprawy państwa. Nie chciałem wpadać w pułapkę zuzytych kalek - tylko dlatego nie zdecydowałem się na inną paralelę - znaczenie poglądów kosmopolitycznych przedstawicieli "elit" oryginalnej III RP dla braku oporów w ostrym publicznym podważaniu pozycji polskiego rządu w latach 2005-07, w wypowiedziach dla zagranicznych mediów. Obawiam się, że niektóre dygresje do tego wątku mogłyby trafić w ślepe uliczki ;)

Pzdr.

Sekstus_Empiryk pisze...

"Współpraca jest działaniem na szkodę własnego panstwa" - możemy tak uznać, rzecz w tym, że dla ogółu opinii szlacheckiej sam ten fakt nie był zdrożny; jeśli potępiano "sprzedawczyków", czy ogólnie wysługujących się obcym dworom, to na tej zasadzie - nasi przeciwnicy biorą pieniądze z Wersalu, dla swych niecnych celów zatem są zdrajcami,my bierzemy z Wiednia, dla słusznej sprawy, zatem nie jesteśmy zdrajcami. Sobieski - i jako hetman, i jako król - brał i z Wiednia i z Wersalu...Odbiór społeczny takich praktyk zmienił się w czasie Sejmu Wielkiego, potępiano je już dla zasady, stąd surowa ocena wobec Stanisława Augusta za branie pieniędzy od Katarzyny, przy spuszczeniu zasłony na podobne postępki Sobieskiego.
Wywiad - nie znam szczegółów, na pewno nie obnoszono się z korumpowaniem,ale czy to zawsze był "oficer wywiadu"? Jeszcze nie było w pełni profesjonalnych służb wywiadowczych.
Jak się domyślasz, mam inne zdanie o wypowiedziach np. Geremka za granicą. Ale będę wpadał, może znów poruszysz jakiś historyczny, a może filozoficzny czy literacki, temat.

Foxx pisze...

Oczywiście, że wiem, że masz inne zdanie :)

Nasze podejście zależy właśnie od przyjmowanych paradygmatów. Pisałem o tym kiedyś z perspektywy konserwatywnego liberała:

"Szereg bieżących dyskusji, po raz kolejny, w dość ciekawym świetle stawia potoczną definicję liberalizmu. Otóż okazuje się (również z wymian zdań w S24), że za liberałów uważają się zwolennicy np.:

- dużej urzędowej ingerencji w rynkowy kurs złotówki (polityka Rady Polityki Pieniężnej do końca 2005 - odkąd prof. Leszek Balcerowicz zaczął przegrywać głosowania w Radzie).

- wejścia do Strefy Euro (przyznania arbitralnej instytucji, niezależnej od Polski, kompetencji do ww. interwencji na rynkach walut - gdy wiadomo, że sytuacja gospodarcza Starej Europy wymaga zupełnie innej polityki monetarnej, niż dynamiczne rynki Europy Nowej. Motywacją ma być "większe bezpieczeństwo". A cóż to znaczy dla liberała?).

- argumentu, że sprawa Doliny Rospudy w większym stopniu leży ("powinna leżeć!") w kompetencjach KE, niż samorządu lokalnego, czy mieszkańców tamtych okolic (jednym słowem: centralizm uber alles - marginalizacja samorządu, a nawet rządu. Podkreślam - nie dyskutuję o obowiązujących przepisach, tylko preferowanych przez "liberałów" rozwiązaniach systemowcyh) (...)"

To tylko kilka przykładów, ale dobrze ilustrujących temat.

Wpadaj - zapraszam :)

Anonimowy pisze...

Recydywa saska w III RP to temat publicystyki S.Michalkiewicza. Ojcem tego tematu jest jak sądzę J. Stachniuk, który opisał recydywę w "Dziejach bez dziejów". Proponuję w tym miejscu zadać sobie pytanie: czy gdyby nie doszło do katastrofy z lat 1939-1989 bylibyśmy dziś Irlandią, Czechami, czy Niemcami? Osobiście myślę, że mielibyśmy słabszą pozycję niż w/w kraje. Czy to dobrze czy źle, zależy od oceny siły naszej emigracji. Bo od roku 1772 do dziś, naszym supersilnym atutem jest diaspora. Gdyby nasza emigracja szła nie w miliony (jak to było w XIX -XX w.) a w dziesiątki milionów- musieliby się z nami liczyć, tak jak liczą się z krajami 3 Świata exportującymi najwięcej ludzi od siebie do I Świata. Może po zalewie Zachodu przez Polaków doczekalibyśmy się swojego "Fukuyamy", który pokazałby Im granice możliwości tzw. współczesności? Wszystkie inne działania zmierzające do odzyskania potęgi i naszego przywództwa od 1772 r. raczej zawodzą. Pozdrawiam. A.

Foxx pisze...

Też kojarzę ten motyw z Michalkiewiczem... Napiszę Wam szczerze, że po ostatnich dwóch aktualizacjach notki, czuję się nieco dziwnie...

Pzdr.

Sekstus_Empiryk pisze...

Nie czuję się teraz w kompetencjach, by ocenić adekwatność np. przymusu stosowania się do prawa unijnego wobec liberalizmu. Notabene, zaletą kameralności tego bloga jest to,że ja do tej niewiedzy mogę się przyznać; w salonie bym się wahał, bo zaraz posypałyby się komentarze - że wyszła na jaw "nędza mojej pseudoerudycji" - i tak genius loci salonu skłania do udawania mądrzejszego;)
Doceniam Twój obiektywizm przy przedstawieniu opinii Ukraińców o Kwaśniewskim; dodam,że Kwach jako jedna z nielicznych ( poza PiS-em ) "osób medialnych" przyznał publicznie rację Kaczyńskiemu w sławetnej sprawie odwołanego przez Sikorskiego spotkania w Pałacu i telefonu o 16.03.
Mnie przerażają plany rządu dotyczące edukacji, które prowadzą do pogłębiania procesu stawania się Polaków społeczeństwem "fach-idiotów".
pozdrawiam

Sekstus_Empiryk pisze...

ps. "polityka wobec Ukrainy ma być oparta na racjonalnych przesłankach; policzymy, czy Ukraińcy nie chcą za dużo" - typowe dla większości elit PO "pragmatyczne" myślenie w stanie wydestylowanym, polityka zagraniczna to business, nie liczą się imponderabilia, odwołania do tradycji czy symboli. Przypuszczam,że dla politycznych japiszonów Giedroyc jest tak samo mentalnie odległy jak Stanisław Herakliusz Lubomirski...W myśleniu o edukacji mają oni taki sam naiwny "pragmatyzm".

Foxx pisze...

Kawalerze,

Dzięki, ale "docenienie mojego obiektywizmu" w sprawie działań Kwaśniewskiego na Ukrainie jest zupełnie nie zasłużone. Po pierwsze, to cytat - a nigdy nie cytuję "wyrywkowo". Po drugie, aktywność poprzedniego prezydenta akurat w tej sprawie jest rzeczą więcej, niż oczywistą.

Zgadzam się z Twoją oceną planów dot. eukacji, ale sądze raczej, że to ciągła "bieżączka". Zero koncepcji.

Być może, jako politycznego przeciwnika PO, powinno mnie to cieszyć. Jakoś jednak bardziej martwi...

PS Te dwa newsy zaskakująco się "wpisały" w moją notkę...

Pzdr.

Sekstus_Empiryk pisze...

pewna "koncecja" jest - jest to myślenie o edukacji wyłącznie w kategoriach rynkowej usługi, jako szkółki mającej kształcić wąskich specjalistów
absurd tego polega na tworzeniu fach-idioten, poza tym - według projektu - uczniowie już w wieku 16 lat mają się określić co do swej przyszłości, czyli zdecydowac co wybiorą na maturze, a to znaczy też znacznie zawęzic sobie możliwość wyboru studiów

Foxx pisze...

Ale oni jeszcze 5 razy zmienią zdanie :)

triarius pisze...

@ Wsie w Mieście

Wszystko racja, ale warto pamiętać, że utrzymywanie polityków przez ościenne mocarstwa było wtedy całkiem powszechną praktyką.

I tak np. cały praktycznie szwedzki Rikstag, czyli sejm, był w połowie XVIII w. na rosyjskim żołdzie.

Przyczyny upadku Polski były jednak znacznie głębsze. Co oczywiście nie zmienia faktu, że ta płatna agentura swoje robiła, inaczej by przecież nie istniała.

Szwecja też w tamtym okresie była w marnym stanie, a gdyby nie geografia, stałaby się zapewne kolejną rosyjską prowincją, jak stało się zresztą z jej znaczącą częścią - Finlandią.

Pzdrwm