czwartek, 13 marca 2008

Karty na stół

Postawa PiS i J. Kaczyńskiego osobiście budzi liczne komentarze dot. "niekonsekwencji" - wszak, to bracia (przepraszam) Kaczyńscy wynegocjowali aktualny status pozycji Polski w ramach Traktatu Lizbońskiego.

Dominuje zniecierpliwienie "politycznym rozgrywaniem" tej kwestii oraz zarzuty, że aktualne usztywnienie stanowiska partii do niedawna rządzącej jest z jednej strony podważeniem uzgodnień, które L. Kaczyński ogłosił jako swój sukces, a z drugiej - "ukłonem w kierunku Radia Maryja". Ciekawe.

Myślę, że jest to dobry moment na przypomnienie kilku spraw.

1. Referendum akcesyjne a "eurokonstytucja". Głosując za lub przeciw przystąpieniu Polski do UE znaliśmy warunki wynegocjowane w Nicei (głównie chodzi o system głosowania w Komisji Europejskiej). Tymczasem jednocześnie trwały prace tzw. Konwentu pod przewodnictwem V. Giscarda d'Estaing nad projektem tzw. "konstytucji europejskiej". Projektem zakładającym system głosowania znacznie wzmacniający pozycję Niemiec i Francji kosztem m.in. Polski (tzw. "ważony"/ "podwójnej większości"). Jak to się stało, że ta sytuacja nie wywołała powszechnego oburzenia? Więcej - PO deklarowała, że to dobre rozwiązanie. Podobnie jak wielu dziennikarzy z "mediów głównego nurtu". Jak nazwać taką postawę? (świadomego poparcia osłabienia pozycji Polski oraz wprowadzenia w błąd uczestników referendum akcesyjnego)

Czy dzisiejsza postawa PiS jest równie "niekonsekwentna" - a raczej: fałszywa? 21.07.2007 przytoczyłem streszczenie artykułu z "Die Welt":

- To Polacy ratują Europę - pisze niemiecki dziennik "Die Welt", nazywając skandalem próby izolowania Polski przez niemieckie media i opinię publiczną.


Polska i bracia Kaczyńscy traktowani są z szyderstwem i drwiną - pisze publicysta Alan Posener, przypominając okładkę najnowszego wydania tygodnika "Der Spiegel" z podpisem "Umrzeć za pierwiastek kwadratowy: jak Polacy grają Europie na nerwach".

- Kto jednak uzmysłowi sobie, o co toczy się gra, zmuszony jest stwierdzić: Polacy mają rację - czytamy w "Die Welt".

Zdaniem gazety, Polacy "nie chcą w milczeniu przyglądać się pozbawianiu ich wpływów w Radzie (ministrów) UE". - Jeżeli szczyt (UE) w tym tygodniu zakończy się fiaskiem, historycy napiszą być może pewnego dnia: "Jak Polacy uratowali Europę" - twierdzi Posener.

Skandalem nazywa komentator próbę uchwalenia unijnej konstytucji pomimo odrzucenia jej przez obywateli dwóch ważnych krajów Wspólnoty - Francji i Holandii.

Sprzeciw Polski przeciwko systemowi ważenia głosów jest jak najbardziej uprawniony - ocenia Posener. Zwraca uwagę na próby ośmieszenia polskiego prezydenta i premiera za pomocą chwytów "na najniższym poziomie", w rodzaju hasła "Umrzeć za pierwiastek kwadratowy", co ma być tak śmieszne, jak "atak polskiej kawalerii na niemieckie czołgi w 1939 roku".

Posener przypuszcza, że mniejsze kraje UE sympatyzują z polskim stanowiskiem, jednak albo ratyfikowały już traktat, albo też obawiają się konfliktu z Niemcami.

Komentator wymienia trzy powody, dla których Niemcy powinny okazać zrozumienie dla Polaków. Po pierwsze, Niemcy zawsze były adwokatami mniejszych krajów w Unii. Po drugie, w stosunkach z Warszawą Berlin musi nadrobić straty wyrządzone przez Gerharda Schroedera. Poprzedni kanclerz zamknął rynek pracy dla polskich pracowników, co było "bezsensownym, politycznym, krótkowzrocznym ustępstwem na rzecz populistycznego protekcjonizmu" - ocenia autor. Jego zdaniem, błędem był też sojusz Schroedera z Rosją i tworzenie przeciwwagi dla Ameryki. Po trzecie, w rozszerzonej w przyszłości o Turcję UE tak silne eksponowanie liczby ludności w procesie podejmowania decyzji nie będzie w interesie Niemiec.

Polska propozycja wskazuje wyjście z tej sytuacji - twierdzi Posener. - Polska zasługuje na podziękowanie, a nie szyderstwa - podkreśla, dodając: Na końcu może okazać się tak, że to nowi Europejczycy są lepszymi Europejczykami.

(źródło)

Bezpośrednio po tym "szczycie" napisałem Raport Mniejszości:

Powoli opada fala weekendowych komentarzy po szczycie UE w S24. Poznajemy coraz więcej szczegółow "z kuchni" negocjacji. Coraz więcej informacji o istotnej roli Sarkozy'ego i Blaira. Niezależnie od dość prostej konstatacji, że "Nicea" jest dla nas bardziej korzystna, niż "pierwiastek" oraz faktu, iż w takich przypadkach sama Unia traktuje własne ustalenia umownie: vide warunki znane (i ciężko wynegocjowane) przed referendum akcesyjnym: "Nicea", próba ostatecznego zadekretowania systemu głosowania: "podwójna większość" - jedna publikowana dzisiaj wypowiedź utwierdziła mnie w opinii o dużym sukcesie UE. Jest to wywiad z Danielem Cohn-Benditem, który możemy znaleźć w "Dzienniku". Kluczowy jego fragment wygląda tak:

ARTUR CIECHANOWICZ: Kto wygrał w Brukseli? Polska czy Niemcy?
DANIEL COHN-BENDIT:
Nikt. Cała impreza, cały ten szczyt to porażka dla Europy. Niektóre kraje - nie tylko Polska - zaliczam do nich też Wielką Brytanię, Holandię, Czechy bezwzględnie forsowały partykularny interes narodowy. Zamiast bronić wspólnego interesu europejskiego.

Nie da się tak dłużej budować Unii. Nie da się w Europie połączyć tych, którzy chcą Europy bardziej i tych, którzy chcą jej mniej. Ci ostatni na domiar wszystkiego non stop straszą wetem. To zwykła tyrania mniejszości.

Jaka tyrania? Polska nie zrobiła przecież nic, co byłoby niezgodne z zasadami przyjętymi w Unii. Poza tym każdy broni swojego interesu. Niemcy robią to dokładnie tak samo jak Polska.
Każdy broni swojego interesu, ale powinien również bronić wspólnego. Przecież to, co się dzieje, widać jak na dłoni. Warszawa czy Londyn nie chcą powstania Europy jako tworu politycznego - wystarczy im Unia jako organizm gospodarczy.

Doskonale rozumiem ten rodzaj logiki. Każdy chce dostawać od Unii pieniądze i robić z nią interesy, każdy chce zarabiać na Unii, ale nie każdy jest gotowy przyjąć i dostosować się do dynamiki wspólnego rozwoju. Dla mnie tymczasem Unia to nie tylko gospodarka, ale przede wszystkim wartości.

Mówi pan o wartościach, więc jakimi wartościami kierowała się kanclerz Merkel, próbując zignorować polskie zdanie i doprowadzić do izolacji Polski?
Bądźmy poważni! Polacy ciągle dają do zrozumienia, że jak się znajdą w izolacji, to będzie im wszystko jedno. A jak wreszcie ktoś im zagrozi, to podnoszą larum. Powiedzmy sobie wprost: jeśli ktoś próbuje przebić głową mur, musi się liczyć z tym, że w końcu ktoś na to ostro zareaguje.

Czyli Merkel miała rację - skoro Polacy nie chcą zaakceptować naszego zdania, rozmawiajmy bez nich.
Mogę mieć tylko za złe pani kanclerz, że nie zdołała przekonać do swego pomysłu wszystkich. Na resztę jestem wściekły. I to nie tylko na braci Kaczyńskich, ale tak samo na Tony'ego Blaira, państwa bałtyckie, czeskiego premiera Mirka Topolánka.

Mamy tu w wersji skondensowanej całą esencję "ducha" eurofederalizmu. Wszytko powiedziane wprost. Jest też "kwiatek", który powinien przejść do annałów "złotych cytatów" ludzi lewicy. Słowa "tyrania mniejszości" powinny wracać bumerangiem przy każdej próbie otwarcia dyskusji nad działaniami w sferze publicznej organizacji np. afirmujących homoseksualizm pod hasłem, że "demokracja przede wszystkim zabezpiecza prawa mniejszości".

Z jednej ze sztandarowych postaci pokolenia '68 wyszedł prawdziwy demokrata. Socjalistyczny. Jest to kolejny dowód prawdziwych intencji eurofederastów - zdominować małe i średnie państwa narodowe, siłą rzeczy wzmacniając... głównie Niemcy - żywcem jak u Marksa i Engelsa. Jakas nowość? Oczywiscie, że nie. Czym innym jednak jest próba przewidzenia czyjegoś celu, a czym innym otwarta deklaracja poparta... wściekłością, że na dzisiaj nic z tego nie będzie.

Europejscy "demokraci", którzy próbowali "obejść" głos obywateli wyrażony w referendach dot. ratyfikacji traktatu (Francja, Holandia) będącego efektem nietransparentnych prac Konwentu... przegrali. Choć nadal "mniejszością" nazywają ludzi, których nie porywa wizja Eurosojuza z XIX w. Wszak nie do pojęcia jest, by większość myślała inaczej, niż siły bedące od lat w awangardzie "postępu". Porównanie do archaicznych wizji socjalizmu nie jest tu przypadkowe. Bawi nazywanie konserwatywnego poglądu na priorytety polityki europejskiej właśnie XIX-wiecznym, gdy w rzeczywistości mamy do czynienia z pokojową walką dwóch wizji Europy, pochodzących z podobnych okresów. Oczywiście nastąpiły istotne zmiany w obu nurtach politycznych. Z jednej strony są one efektem globalizacji, a z drugiej osłabienia radykalnych skrzydeł po obu stronach i - wreszcie - przejścia przez europejskie społeczeństwa "progów": industrializacji, elektryfikacji, powszechnej edukacji i informatyzacji. Nie zmienia to faktu, że czynienie z wizji nawiązujących do marksistowskich pomysłów sprzed ponad wieku czegoś wybitnie nowoczesnego jest małą przesadą.

To wszystko sprawia, że szczyt ten, moim zdaniem, był dużym sukcesem UE, a więc również Polski. Zupełnie niezależnie od realnego zwycięstwa, jakim jest zachowanie nicejskiego systemu głosowania, wspartego kompromisem z Joanniny. Zważywszy na dotychczasową praktykę UE, trudno stwierdzić jak długo ustalenia te będą obowiązywać. Faktem jest, że "wojna" o kształt Unii będzie trwała nadal. Jednak "bitwa" jest wygrana. Nie ma co się oszukiwać, że "większość" przywiązuje przesadną wagę do demokratycznych procedur. Róbmy swoje.

(źródło)

... oraz dwa słowa o tym, co zasłonił "pierwiastek":

Jak podał Onet, Polska zagwarantowała sobie na europejskim szczycie prawo, by nie obowiązywała ją unijna Karta Praw Podstawowych, określająca między innymi prawa pracownicze. (..) Wiadomo było od początku, że Karcie Praw Podstawowych najgłośniej sprzeciwiała się Wielka Brytania. Teraz okazuje się, że po cichu, także dwa inne kraje zarezerwowały sobie prawo do wyłączenia spod zapisów Karty - między innymi tych dotyczących praw socjalnych. Z nieoficjalnych informacji wynika, że poprosiły o to Irlandia oraz Polska, przy czym nasi negocjatorzy nie powiedzieli dziennikarzom o swym postulacie na zakończenie szczytu.

Jednym słowem, jeżeli w ustaleniach międzyrządowych, Polska podtrzyma swoje stanowisko, pomysły euro-socjalistów dot. np. demotywującej do podjęcia pracy wysokosci zasiłków dlla bezrobotnych porównywalnej do kwoty płacy minimalnej (patrz: Niemcy), czy takich kwiatków, jak seksistowska europejska dyrektywa nr 79/7/ o równym traktowaniu kobiet i mężczyzn w sprawach z zakresu ubezpieczeń społecznych (a co z równością grubych i chudych?) nie będą nam zagrażać. Czy zagrażały dzisiaj? Nie, jednak federalistyczna wizja "harmonizacji" systemów socjalnych nie pozostawia wątpliwości, co do intencji państw "starej Europy". Jednym słowem, mamy szansę, by ograniczyć ekspansję lewicowego tzw. europejskiego modelu socjalnego na nasz kraj. Jest to istotne o tyle, że - zostawiając na chwilę wątpliwy sens rozbudowanego socjalu, jako-takiego - jesteśmy na zupełnie innym etapie rozwoju, niż kraje "starej Europy". Nasz system swiadczeń społecznych jest juz teraz tak chory i złożony, że sam w sobie stanowi kamień u szyi systemu redystrybucji środków finansowych w państwie i spowalnia wzrost gospodarczy. Tymczasem, Magazyn polsko-niemiecki DIALOG w ten sposób pisał o propozycjach Konwentu zawartych w projekcie "eurokonstytucji" odrzuconym przez społeczeństwa Francji i Holandii w referendach:

W projekcie konstytucji Konwentu znalazły się sformułowania, że Unia dąży do stworzenia społeczeństwa, »w którym panuje tolerancja, sprawiedliwość i solidarność« i że stawia sobie za cel »w wysokim stopniu konkurencyjną, socjalną gospodarkę rynkową«. W katalogu celów projektu konstytucji znalazła się zarówno »zabezpieczenia społeczne«, jak i pełne zatrudnienie, podczas gdy do tej pory stosowane jest w układach pojęcie »wysokiego poziomu zatrudnienia«.

(...)

Istotnym żądaniem w sensie Europy socjalnej jest ugruntowanie w konstytucji Karty Praw Podstawowych. Ta Karta, opracowana w latach 1999-2000 również według zasad Konwentu pod przewodnictwem byłego niemieckiego prezydenta Romana Herzoga, zawiera obok prawa do wolności i równości również podstawowe prawa socjalne. Należy do nich między innymi prawo do zakładania związków zawodowych i wstępowania w ich szeregi, prawo pracobiorców lub ich przedstawicieli do informacji i konsultacji we właściwym czasie, jak również prawo do negocjowania i zawierania układów zbiorowych pracy, oraz w przypadku konfliktu interesów prawo do podejmowania działań zbiorowych w obronie swoich interesów, w tym akcji strajkowych. Dalsze socjalne prawa podstawowe obejmują należyte i sprawiedliwe warunki pracy, ochronę w przypadku nieuzasadnionego zwolnienia, prawo do urlopu rodzicielskiego, prawo do zabezpieczeń społecznych i pomocy społecznej, do ochrony zdrowia, środowiska i konsumenta. To, że Karta została uznana w projekcie Konwentu za drugą część konstytucji – a nie, jak proponowano, dołączona jedynie w charakterze Protokołu – jest ważnym postępem. Tym bardziej, że artykuły opisujące prawa podstawowe, zostały przejęte bez zmian. Włączenie Karty do projektu konstytucji jest dla obywateli wymiernym sukcesem, który nie powinien zostać zakwestionowany w obradach rządów. Karta Praw Podstawowych symbolizuje dalszy rozwój EWG/UE ze wspólnoty czysto gospodarczej do wspólnoty opartej na wartościach.

Bez wątpliwości mamy do czynienia z wizją socjalistycznej federacji, czyli rzeczy nie do przyjęcia. Jest to kolejny punkt, w którym obecny rząd w drodze negocjacji oddalił euro-federalistyczną wizję Unii, zajmując racjonalne stanowisko obok Wielkiej Brytanii i Irlandii. W mojej ocenie, nieźle.

Co jeszcze znajdziemy w cieniu "pierwiastka", gdy opadnie "gołębi puch"?

(źródło)

Tymczasem rząd D. Tuska zamierza ratyfikować Kartę Praw Podstawowych. Jaki wybór mają jej przeciwnicy?

Odrzucenie "eurokonstytucji" w trybie referendum przez obywateli Francji i Holandii. Czy zrobiło jakieś wrażenie na "eurofederastach"? Owszem, duże zniecierpliwienie, że społeczeństwa te "nie dojrzały do demokracji" (copyright by B. Geremek po przegranej T. Mazowieckiego z S. Tymińskim w wyborach prezydenckich 1990) oraz silną wolę, by swoje pomysły przeforsować niezależnie od demokratycznych werdyktów. Wola ta znalazła swoje spełnienie w Traktacie Lizbońskim.

Polityka realna. Negocjowano w ramach tego, co było możliwe, a obecnie walczy się o to, co jest możliwe dziś. Jakiż to postulowany przez PiS zapis ustawy ratyfikującej Traktat Lizboński tak drażni mainstreamowe media i polityków Platformy Obywatelskiej?

Polska pozostaje krajem suwerennym w łonie UE i że Konstytucja RP jest aktem nadrzędnym wobec jakiegokolwiek unijnego ustawodawstwa.

(źródło)

Po prostu skandal.


Obrazek wziąłęm stąd.

1 komentarze:

Unicorn pisze...

Czas chyba zrobić listę "konserwatystów" i "lisów prawicowcych"...Warto wiedzieć z kim ma się do czynienia.
Dużo materiału dla psychiatry i socjologa.
zdrówko :)