sobota, 10 lipca 2010

Nieco spóźniony afterek

Po wyborach prezydenckich jakoś nie ciągnęło mnie do bloga. Prawa strona blogosfery pęka od komentarzy naprzemiennie od rezygnacji i odgrażania się wynikami następnych wyborów. Już miałem skomentować niedawno skończoną kampanię, gdy Tomasz Sakiewicz opublikował w Salonie24 i "Gazecie Polskiej" tekst "To nie my przegraliśmy", w którym skrytykował sztab J. Kaczyńskiego za nieksploatowanie smoleńskiej tragedii w kampanii wyborczej. No i znów opadły mi ręce (z klawiatury). Zawsze staram się unikać krytyki "naszej strony", gdyż jesteśmy słabi w multimedialnych realiach, które ukształtowała "transformacja ustrojowa" i każde prawilne środowisko tworzące coś konstruktywnego zasługuje na dobre słowo i - przede wszystkim - najgorsze, co możemy robić, to dalej się dzielić.

Po zastanowieniu doszedłem jednak do wniosku, że dobrze będzie skreślić kilka słów. W tekście naczelnego "G.P" rażą mnie przede wszystkim ambicje do kreowania polityki strony, którą popiera. Ex cathedra wygłasza polityczne credo mające być pewną receptą na zwycięstwo. Jedną sprawą jest sama "trafność" tej recepty, którą zdecydowanie postrzegam jako zerową. Wystarczy przypomnieć, że panika salonu przed zastosowaniem jej przez J. Kaczyńskiego - co salon uważał za rzecz oczywistą, wszak sam okładał PiS zwłokami B. Blidy - była tak wielka, że początkowe milczenie prezesa PiS nazywano "pełnym agresji", a nieoceniona profesorka M. Środa stwierdziła, że milczenie to ją wręcz "przeraża". Nie wymaga wielkiej wyobraźni przewidzenie medialnej nawały, gdyby wciąż zbolały J. Kaczyński na temat katastrofy się odezwał. I nie tylko medialnej - otwartą kwestią jest stopień zwiększenia skali dezinformacji w tej sprawie, mającej spacyfikować sytuację. Jest to jednak kwestia różnicy w opiniach, czyli nic nadzwyczajnego.

W tekście T. Sakiewicza "poraziły" mnie jednak wspomniane wyżej mentorskie ambicje. W tym miejscu chciałbym przypomnieć końcowy fragment mojej notki z grudnia 2006, która była reakcją na komentarze po ukazaniu się "Michnikowszczyzny" R.A. Ziemkiewicza. Rzecz odnosi się oczywiście do RAZ-a, jednak moje ówczesne uwagi - jak już wtedy zaznaczyłem - odnoszą się do wszystkich dziennikarzy, których poglądy uważam za bliskie moim:

---------- II----------

(...) Chciałbym zwrócić tylko uwagę na jedną kwestię - w "Michnikowszczyźnie", obok opinii autora (z którymi można się zgodzić lub nie - w zależności od konkretnego zagadnienia), możemy znaleźć wiele suchych faktów (cytatów, inicjatyw ustawodawczych), które bardzo dobrze ilustrują sens takiego, a nie innego zakresu pojęcia "M." i dobrze pozwalają wybrać między opcjami, które wskazuje Ziemkiewicz: czy Michnikowi sprawiedliwość on "oddał", czy "wymierzył". Jakie by nie były konkluzje, trudno mieć wątpliwości, że nawet pomijając wnioski RAZ-a - na poziomie faktograficznym, serwuje on dość syntetyczne sprawozdanie o prawdziwej naturze III RP (znaczący przykład zakłamywania rzeczywistości, w jednej z relatywnie mniej ważnych spraw: "prywatyzacja" Telekomunikacji Polskiej poprzez sprzedaż jej akcji... francuskiemu operatorowi telefonicznemu... należącemu do państwa; sprawę sprzedaży reszty udziałów Janowi Kulczykowi po niższym kursie już pominę). Sposoby czczenia kolejnych rocznic stanu wojennego przez "Gazetę Wyborczą" naprawdę robią wrażenie. I o nich warto pamiętać, jako o bardzo istotnych i wiele mówiących faktach, zupełnie niezależnie od tego, jak je skomentuje ten, czy inny publicysta. Wiele z nich przypominał już Waldemar Łysiak oraz inni autorzy, zepchnięci wcześniej na margines oficjalnej debaty publicznej - czyli nie cytowani w mediach elektronicznych i "prasie głównego nurtu", jako "oszołomy" z nadania... No właśnie, kogo?

W kontekście tego wszystkiego, sztuczne generowanie "Ziemkiewszczyzny" w odniesieniu do krytyków Michnika i jego linii politycznej, jest bardziej parodią, niż symetrią. Zresztą my - owi krytycy - różnimy się często w sprawach istotnych. Również z RAZ-em, który np. ponownie wystawił laurkę Leszkowi Balcerowiczowi (ja bym nie wystawiał). Łączy nas jednak pogląd, że "Michnikowszczyzna" paraliżowała debatę publiczną w latach '90-tych, a za wartość bezwzględną uznajemy wolność do wyrażania opinii, bez niebezpieczeństwa natychmiastowego obrzucenia inwektywami przez fanatyków o innych poglądach (nawet, jeżeli sami uznają się za "lepszych", "światlejszych", itp.), czy - w przypadku dziennikarzy - którzy dysponując znacznie większym nakładem i oglądalnością "zreinterpretują" intencje autora (a nawet jego życiorys). Podobnie - to sprawa symboliczna - uważamy, że dzięki "Michnikowszczyźnie" dawni czerwoni aparatczycy utrzymali przywileje w czasie tzw. "transformacji ustrojowej", a byli pracownicy tzw. "aparatu represji" - wciąż mają emerytury wielokrotnie wyższe, niż ich ofiary. Powie ktoś, że w takiej sytuacji "Ziemkiewszczyzną" możnaby nazwać właśnie taki zbiór poglądów. Tyle, że my to my, a Ziemkiewicz, to Ziemkiewicz. Chętnie czytam jego publicystykę, podobnie jak i innych autorów. Nie jest on jednak na żadnym piedestale i w przypadku krytyki jego tez, czy działań, nikomu korona z głowy nie spada. Podstawowa różnica polega jednak na czymś najistotniejszym w całej kwestii: Rafał Ziemkiewicz na jakikolwiek piedestał, jak dotąd, nie próbował się pakować i - co najważniejsze - gdyby spróbował, raczej straciłby życzliwość swoich czytelników, miast zyskiwać dwór potakiwaczy. Z drugiej strony, trudno sobie wyobrazić, by obecnie ktoś z maksymalnym możliwym "parciem na piedestał", miał ułamek możliwości realizacji swoich wizji, którymi Adam Michnik dysponował na przełomie lat 80/90. Całe szczęście.

---------- II ----------

(źródło i całość)

T. Sakiewiczowi ku przestrodze. Serio. Nie chcę tu kadzić "Gazecie Polskiej", która oczywiście robi wiele dobrego - od portalu niezalezna.pl po kluby "G.P." - myślę, że taka moja ocena tego środowiska jest oczywista. Nie zmienia to jednak niepokoju, jaki budzi ton tekstu jej naczelnego.

Nic dobrego z tego wyjść nie może.

0 komentarze: