niedziela, 28 listopada 2010

"Przejmowanie władzy w PiS" bis

Życie tradycyjnie przynosi własny komentarz do tego, co poruszamy na blogach. Aktualnie dzieje się tak z tematem, który poruszyłem w notce "Przejmowanie władzy w PiS". Tradycyjnie więc, chciałbym zwrócić uwagę na zbieżność czasową różnych wydarzeń. Zacznę od fragmentów wczorajszego wywiadu Palikota dla "Polska The Times", których jakoś nikt nie zestawia z innymi znanymi faktami i wypowiedziami. No to startujemy :)

Ale co chce Pan stworzyć ze swojego ruchu?
Nową Polskę. To, od czego Tusk teraz właśnie musi uciekać.

Dlaczego musi uciekać?
Bo stolik się przewraca, czeka nas demolka sceny politycznej. Gdyby nie kler podtrzymujący przy życiu Jarosława Kaczyńskiego, mielibyśmy już posprzątane, byłoby jak po AWS. Ale lider PiS najtrudniejszy moment ma jeszcze przed sobą. W książkach psychologicznych jest to opisane. Czeka go kilkumiesięczna depresja, od listopada do kwietnia. W tym czasie rozstrzygnie się, czy jest skończony.

Czyli rozłamowcy z PiS zaatakowali w świetnym dla nich momencie?
Nie wiem, czy Bielan z Kamińskim czytali te same książki, ale zaatakowali tuż przed głębokim emocjonalnym kryzysem Jarosława Kaczyńskiego. (...)

Pan czuje wspólną chemię z Pawłem Poncyljuszem?
Tak.

Kiedy to się zaczęło?
W komisji "Przyjazne państwo", której był wiceszefem. Bardzo go lubię, bo to jest przyzwoity człowiek. Nie robi świństw.

Moglibyście być w jednej partii?
Nie, bo on jest człowiekiem Kościoła, to istotna różnica między nami.

Ale trochę się z tym wzajemnym lubieniem siebie chowaliście?
Troszkę tak. Ale proszę zwrócić uwagę, że nigdy nie atakowaliśmy się. Po prostu też nie afiszowaliśmy się z tym lubieniem.

Spotykaliście się cyklicznie?
Tak.

A jaki był Pana udział w powstaniu nowej inicjatywy Joanny Kluzik-Rostkowskiej?
Moim zdaniem drugorzędny. Oni swoją decyzję podjęli, zanim spotkaliśmy się, jeszcze w lipcu. Wtedy Kaczyński z Ziobrą zaczęli ich atakować wewnętrznie, więc postanowili się ratować. Nie mieli jeszcze pewności, czy uda im się stworzyć klub.

Kiedy rozmawialiście?
W sierpniu albo we wrześniu.

Czyli jeszcze przed wyrzuceniem Joanny Kluzik-Rostkowskiej i Elżbiety Jakubiak z PiS?
Tak. Już wtedy byli zdecydowani, że muszą odejść z PiS.

O czym rozmawialiście?
Wypytywali mnie bardzo szczegółowo, co mam zamiar zrobić ze swoją inicjatywą. Wtedy jeszcze nie było oczywiste, że wyjdę z PO. Więc wielokrotnie pytali mnie: "Czy ty na pewno odchodzisz?". Odpowiadałem, że tak, to jest decyzja nieodwołalna. "Na słowo honoru?". Na słowo honoru, odchodzę. Zakładam swoją własną formację. Jestem już po decyzji. Ale oni jakby nie dowierzali, kilka razy do tego wracaliśmy.

W sierpniu pisał Pan na blogu: "Małe pęknięcie czy nowa zmiana? Coś dojrzewa, a coś umiera. Ja myślę, że to nowa Polska, nowi Polacy. Ale są inni! Więc walczmy!". To było po tych rozmowach?
Tak, to był klimat naszych rozmów.

Poncyljusz i Kluzik-Rostkowska wtedy chcieli przejąć władzę w PiS?
Tak. Oni brali jeszcze pod uwagę wariant, że może uda im się obalić Jarosława.

Zdemontować PiS?
Tak. Temu oczywiście najbardziej kibicowałem, bo w przeciwieństwie do Tuska oznaczałoby to dla mnie 25 proc. w wyborach, a nie 12 proc.

Czyli Poncyljusz i Kluzik-Rostkowska byli spiskowcami, którzy chcieli dokonać przewrotu w PiS?
Tak, ale zorientowali się, że to im się nie uda.

Dlaczego?
Bo zdradziło ich kilka osób, choćby Hofman, który był w grupie Poncyljusza, a potem przeszedł z powrotem na stronę Kaczyńskiego. W lipcu i sierpniu sytuacja była tragiczna dla prezesa PiS. Jego agresywne zachowania były próbą gry w pokera. On mógł wtedy zostać skasowany. Ledwo się obronił, ale się obronił.

Nie chcieliście stworzyć razem partii?
Poncyljusz powiedział mi uczciwie, że nie jest w stanie ze mną funkcjonować światopoglądowo. Zresztą otwarcie im powiedziałem, że otwieram formację antyklerykalną.

Czyli trochę wtedy podzieliliście się rolami?
Troszkę tak.


(źródło i całość)


Zwróćmy uwagę na zbieżność czasową.

Po 10 kwietnia istotny jest tylko PiS
Katarzyna Borowska 05-09-2010, ostatnia aktualizacja 05-09-2010 21:10

Właśnie wykluczono Marka Migalskiego z frakcji konserwatystów w Parlamencie Europejskim za list otwarty do prezesa. Nie boi się pan wracać do PiS?

Jarosław Sellin, poseł Polski Plus (wybrany z listy PiS, w 2007 r. wystąpił z klubu tej partii): Nie jestem bojaźliwy. A poza tym "wracać do PiS" to nieprecyzyjne sformułowanie.

Przecież mówił pan w jednym z wywiadów o tym, że myśli o wstąpieniu do PiS.

Od kilku miesięcy należę do partii – nazywa się Polska Plus. I w naszych rozmowach z PiS chodzi raczej o reintegrację obu środowisk. W ciągu 2,5 roku udało się nam stworzyć ciekawe środowisko. I teraz prezesi: Polski Plus Jerzy Polaczek i PiS Jarosław Kaczyński, rozmawiają o ich połączeniu.

To środowisko zapewni tak silną pozycję, że będziecie mogli mówić to, co myślicie?

Każdy poważny polityk powinien mówić to, co myśli. Tylko jeśli są jakieś trudniejsze sprawy wewnętrzne, to powinno się je omawiać w gronie wewnętrznym, a na zewnątrz wysyłać uzgodnione komunikaty.

Poparłby pan wniosek o wykluczenie Migalskiego z delegacji w europarlamencie?

Dziś nie namówi mnie pani do wygłoszenia jakiejkolwiek oceny decyzji wewnętrznych PiS. Trwają rozmowy między nami. Byłoby nieeleganckie, gdybym teraz recenzował PiS.

Jeszcze kilka miesięcy temu mówił pan, że chce współtworzyć nową jakość – partię, która nie jest wodzowska.

Ale po 10 kwietnia dla mnie, polityka centroprawicowego, stało się jasne, że nie ma zapotrzebowania na nowy projekt polityczny. Polska polityka po części się zresetowała, po części wyostrzyły się emocje i podziały dotąd dominujące. Jedyną istotną dziś centroprawicę tworzy PiS. Udowodniły to też wyniki ostatnich wyborów prezydenckich, które miały przecież dla kilku środowisk być początkiem tworzenia nowych partii. Ich wynik twardo to zweryfikował.

To była decyzja czysto pragmatyczna? Skoro nie macie szans sami się dostać do Sejmu, to trzeba wrócić?

Polskę Plus tworzą politycy, którzy mają wieloletni dorobek – ideowy i polityczny. Z tym dorobkiem chcemy uczestniczyć w głównym nurcie polskiej polityki, współtworzyć formację polityczną na lata, a nie w chwilowej przygodzie środowiskowej.

A taką chwilową przygodą była Polska Plus?

Wygląda na to, że tak, zwłaszcza w realiach po 10 kwietnia. Doszliśmy do wniosku, że kontynuowanie odrębnej drogi może być odbierane przez elektorat centroprawicowy jako zupełnie niezrozumiałe.

Czemu nie wybraliście PO?

Rozmawia pani z przedstawicielem ideowego środowiska. A czym pod tym względem jest dziś PO? Myślę, że sporo racji ma profesor Krzysztof Rybiński, ekspert wszak wyważony w sądach, gdy mówi, że PO przekształciła się w bezideową partię władzy o charakterze populistycznym, której jedynym celem jest utrzymanie się przy władzy od wyborów do wyborów. Pod względem ideowym nie wiem, co w jednym ugrupowaniu mogą robić Jarosław Gowin i Janusz Palikot. Gdy się zastanawiam jako historyk, co ideowo trwałego pozostanie po PO, to się obawiam, że może to być – wyrosły na ciele tej partii – najbardziej jak dotąd agresywny w polskiej polityce antychrześcijański ruch polityczny. Chodzi mi oczywiście o falę, którą wywołuje Palikot.

Politycy PO zapraszali was do swojej partii?

Przez te 2,5 roku mieliśmy różne sygnały: i z PO, i z PiS. Ze strony polityków PO były to tylko wypowiedzi medialne. A tak się polityki nie uprawia. Zresztą takie zaproszenie i tak nie zostałoby przyjęte.

A politycy PiS rozmawiali z wami o powrocie bezpośrednio?

Tak, nieraz. Na przykład Krzysztof Putra mówił nam dwa dni przed katastrofą, w której zginął: wracajcie, w jedności siła, po co się dzielić. Mam chyba prawo do traktowania tego zdarzenia jako swoistego znaku opatrznościowego. Zrobiło to na mnie duże wrażenie. Przed 10 kwietnia byliśmy bardzo zdeterminowani, by budować własne środowisko. Ale tragedia nami wstrząsnęła. Także po ludzku. Najbardziej ucierpiało w niej środowisko, z którym do niedawna razem robiliśmy politykę.

Ogromną osobistą stratę poniósł Jarosław Kaczyński, były premier, w którego rządzie kilku z nas było ministrami. Takie osobiste motywy w decyzjach politycznych też mają znaczenie.

Zaraz po tragedii zdecydowaliśmy o wycofaniu Ludwika Dorna ze startu w wyborach prezydenckich i o poparciu Jarosława Kaczyńskiego. Wkrótce zaproponowano mi pracę w jego sztabie wyborczym. To było ciekawe i budujące doświadczenie.

Praca sztabu jest dziś krytykowana. Zbigniew Ziobro twierdzi, że gdyby mówiło się w kampanii wyborczej o tragedii smoleńskiej, to Jarosław Kaczyński mógłby wygrać.

Ze wszystkich badań wynikało, że eksploatowania tragedii smoleńskiej w kampanii nie życzy sobie nikt, łącznie z elektoratem PiS. Miało to być odbierane jako instrumentalne wykorzystywanie tej tragedii. I ten pogląd należało uszanować, choć uważam, że było to trochę nienaturalne. Przecież ta kampania miała miejsce właśnie z powodu tragedii, a ona sama, jej przyczyny, zaniechania w jej wyjaśnianiu, to twarde tematy państwowe, które politycy muszą podnosić, by nie dopuścić do podobnej sytuacji w przyszłości.

Jeśli Jarosław Kaczyński, którego pan krytykował za wodzowskość, znów pana zdenerwuje, to co pan zrobi? Znów opuści pan PiS?

W polityce jednak najważniejsze jest to, czy łączą polityków idee, wartości. Chciałbym mieć świadomość, że się przyłożyłem do utworzenia trwałej formacji centroprawicowej. PiS istnieje już dziesięć lat. I nie widać szans dla innego centroprawicowego ugrupowania. Na czele centroprawicy stoi Jarosław Kaczyński, a jeśli w najbliższych latach będzie istniała istotna centroprawica bez niego, to tylko za jego zgodą. Dowód? 8 mln ludzi, którzy zagłosowali na niego dwa miesiące temu. Dziś miejsce dla ideowego polityka centroprawicy jest przy nim.

Tylko w PiS?

Na to wygląda.


(źródło)

Dzisiaj wiemy, że wywiad ten został udzielony dokładnie wtedy, gdy E. Jakubiak próbowała kaperować do nowego klubu parlamentarnego ówczesnych byłych posłów PiS. A teraz przeczytajmy go jeszcze raz...

Ostatnio przedstawiciele "secesjonistów" plączą się zupełnie "w zeznaniach". Wykazała to sympatyzująca z nimi Kataryna:

Paweł Poncyljusz odpowiada Katarynie: Chcę od razu odpowiedzieć na pytanie Kataryny, które postawiła dziś rano. Takie rzeczy trzeba wyjaśniać od razu. Tak, spotkałem się z Januszem Palikotem, jak spotykam się z wieloma ludźmi, których znam z Sejmu. To było we wrześniu, a nie w sierpniu i spotkałem się z nim sam. Wiedziałem, że ma badania dotyczące nastrojów społecznych i ciekaw byłem, co z nich wynika. Ale nie rozmawiałem z nim o żadnych naszych planach. To nieprawda. On dośpiewuje sobie rzeczy, które tam nie padły. To on mi proponował współpracę , którą ja absolutnie odrzuciłem.

Paweł Poncyljusz odpowiada Karnowskiemu: Prawdą jest, że spotkanie się odbyło. Prawdą jest też, że Janusz Palikot zaproponował nam przystąpienie do swojego ruchu. Ale oczywiście oboje zareagowaliśmy kategoryczną odmową - to dla nas nieakceptowalne, niemożliwe. Przecież oboje jesteśmy przeciwni temu co Janusz Palikot mówił publicznie, bo było to już po jego kongresie na którym opowiadał jak źli są biskupi, a jak ważne finansowanie in vitro z budżetu. To nie nasza bajka. [Rozmawialiśmy z nim] o badaniach jakie przeprowadził na temat miejsca nowych inicjatyw politycznych na scenie politycznej. Pytałem go o to. Podkreślam, że w ogóle nie rozmawialiśmy z nim o naszych politycznych planach. Nieprawdziwa sugestia, że nasze pytania na temat tych badań były związane z naszymi planami politycznymi. To nieprawda, nie mieliśmy takich planów. To on nam zaproponował nam wspólną partię, ale na to nie było naszej zgody. Jak powiedziała Joanna Kluzik-Rostkowska, walczymy ze wszystkim co w polityce reprezentuje Palikot.


(źródło)

Dlaczego podkreśliłem akurat te, a nie inne kwestie? Otóż w zaskakująco nieskomplikowany sposób P. Poncyliusza próbuje bronić Piotr Zaremba:

Nagonka w tej sprawie wydaje mi się przesadna. Blogerka Kataryna oskarża na przykład Poncyljusza o kłamstwo. Kiedyś opowiadał, że rozmawiał z Palikotem sam. Dziś w wywiadzie z Michałem Karnowskim mówi "my rozmawialiśmy". O sobie i Kluzik-Rostkowskiej.


Nie ma tu sprzeczności. Kluzik-Rostkowska i Poncyljusz rozmawiali podobno z Palikotem oddzielnie. Wtedy mówił więc tylko o sobie. Dziś wobec przyznania się koleżanki używa formuły "my". Mógł wcześniej faktów związanych z Kluzik-Rostkowską nie znać. Mogł o nich milczeć, ale formalnie kłamstwem to nie było. Zwłaszcza gdyby była minister pracy rzeczywiście wymieniała się uwagami z winiarzem gdzieś w przelocie, na korytarzu.

(źródło)

I tyle na dzisiaj mamy z działań "sierot po PO-PiS-ie". W tym miejscu chciałbym przypomnieć coś jeszcze. Nie wiem, czy pamiętacie nastroje przed pogrzebem Lecha Kaczyńskiego, gdy wszyscy myśleli, że odbędzie się w Warszawie - na początku była mowa o Powązkach Wojskowych. Ale się nie odbył. Wtedy przecież wszyscy intuicyjnie czuliśmy, że z tą katastrofą "coś jest nie tak", a afera z miejscem pochówku nie odpaliła A. Wajdy z jego "wojną polsko-polską" tak aktualnie kontestowaną przez...

Dziwisz zaprzecza, że wymyślił Wawel. Została Jakubiak

2010-04-16, ostatnia aktualizacja 2010-04-16 15:47

- Po śmierci najbliższych myśli się, żeby miejsce pochówku było jak najbliżej domu. Jarosław Kaczyński po stracie brata był w traumie - mówi "Gazecie" Elżbieta Jakubiak. - Ale tu nie chodziło o pochówek brata, tylko prezydenta RP. Hierarchowie kościelni przedstawili dwie propozycje: warszawską archikatedrę św. Jana Chrzciciela i Wawel. Byliśmy zgodni, że trzeba wybrać którąś z nich.

(źródło)

0 komentarze: