Suwerenność Polski a ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego
Patrząc z dzisiejszej perspektywy szczególnie warto pamiętać, że Kaczyńscy w sprawie Traktatu konsekwentnie szli drogą Wielkiej Brytanii. Znalazło to wyraz przede wszystkim w głośnym protokole brytyjskim do jednego z kluczowych dokumentów TL - Karty Praw Podstawowych. W tej notce również chciałbym przypomnieć echa po wynegocjowaniu Traktatu, które zbierałem na bieżąco. Na początek najważniejsze punkty protokołu:
Artykuł 1
1. Karta nie rozszerza zdolności Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ani żadnego sądu lub trybunału Polski lub Zjednoczonego Królestwa do uznania, że przepisy ustawowe, wykonawcze lub administracyjne, praktyki lub działania administracyjne Polski lub Zjednoczonego Królestwa są niezgodne z podstawowymi prawami, wolnościami i zasadami, które są w niej potwierdzone.
2. W szczególności i w celu uniknięcia wszelkich wątpliwości nic, co zawarte jest w tytule IV Karty nie tworzy praw, które mogą być dochodzone na drodze sądowej, mających zastosowanie do Polski lub Zjednoczonego Królestwa, z wyjątkiem przypadków gdy Polska lub Zjednoczone Królestwo przewidziały takie prawa w swoim prawie krajowym.
Artykuł 2
Jeżeli dane postanowienie Karty odnosi się do ustawodawstw i praktyk krajowych, ma ono zastosowanie do Polski lub Zjednoczonego Królestwa wyłącznie w zakresie, w jakim prawa i zasady zawarte w tym postanowieniu są uznane przez ustawodawstwo lub praktyki Polski lub Zjednoczonego Królestwa.".
(źródło)
Przypominam, to są zapisy, o których Stefan Niesiołowski mówił w sposób następujący: Ja bym wolał odejść od protokołu brytyjskiego szybciej, ale trzeba płacić cenę kompromisu i nie zaostrzać sytuacji (...) to nie są tablice, które Mojżesz dostał na górze Synaj (...)
(źródło)
Czym w kontekście podejścia do suwerenności Rzeczpospolitej ta wypowiedź różni się od niedawnych słów Sikorskiego wygłoszonych w Berlinie?
Charakterystyczne, w jaki sposób ówczesna postawa Polski - obok Wielkiej Brytanii i Czech - została przyjęta przez eurofederastów. Oto wywiad z Danielem Cohn-Benditem, który mogliśmy znaleźć w "Dzienniku". Kluczowy jego fragment wygląda tak:
ARTUR CIECHANOWICZ: Kto wygrał w Brukseli? Polska czy Niemcy?
DANIEL COHN-BENDIT: Nikt. Cała impreza, cały ten szczyt to porażka dla Europy. Niektóre kraje - nie tylko Polska - zaliczam do nich też Wielką Brytanię, Holandię, Czechy bezwzględnie forsowały partykularny interes narodowy. Zamiast bronić wspólnego interesu europejskiego.
Nie da się tak dłużej budować Unii. Nie da się w Europie połączyć tych, którzy chcą Europy bardziej i tych, którzy chcą jej mniej. Ci ostatni na domiar wszystkiego non stop straszą wetem. To zwykła tyrania mniejszości.
Jaka tyrania? Polska nie zrobiła przecież nic, co byłoby niezgodne z zasadami przyjętymi w Unii. Poza tym każdy broni swojego interesu. Niemcy robią to dokładnie tak samo jak Polska.
Każdy broni swojego interesu, ale powinien również bronić wspólnego. Przecież to, co się dzieje, widać jak na dłoni. Warszawa czy Londyn nie chcą powstania Europy jako tworu politycznego - wystarczy im Unia jako organizm gospodarczy.
Mówi pan o wartościach, więc jakimi wartościami kierowała się kanclerz Merkel, próbując zignorować polskie zdanie i doprowadzić do izolacji Polski?
Bądźmy poważni! Polacy ciągle dają do zrozumienia, że jak się znajdą w izolacji, to będzie im wszystko jedno. A jak wreszcie ktoś im zagrozi, to podnoszą larum. Powiedzmy sobie wprost: jeśli ktoś próbuje przebić głową mur, musi się liczyć z tym, że w końcu ktoś na to ostro zareaguje.
Czyli Merkel miała rację - skoro Polacy nie chcą zaakceptować naszego zdania, rozmawiajmy bez nich.
Mogę mieć tylko za złe pani kanclerz, że nie zdołała przekonać do swego pomysłu wszystkich. Na resztę jestem wściekły. I to nie tylko na braci Kaczyńskich, ale tak samo na Tony'ego Blaira, państwa bałtyckie, czeskiego premiera Mirka Topolánka.
Mamy tu w wersji skondensowanej całą esencję "ducha" eurofederalizmu. Wszytko powiedziane wprost. Jest też "kwiatek", który powinien przejść do annałów "złotych cytatów" ludzi lewicy. Słowa "tyrania mniejszości" powinny wracać bumerangiem przy każdej próbie otwarcia dyskusji nad działaniami w sferze publicznej organizacji np. afirmujących homoseksualizm pod hasłem, że "demokracja przede wszystkim zabezpiecza prawa mniejszości".
Z jednej ze sztandarowych postaci pokolenia '68 wyszedł prawdziwy demokrata. Socjalistyczny. Jest to kolejny dowód prawdziwych intencji eurofederastów - zdominować małe i średnie państwa narodowe, siłą rzeczy wzmacniając... głównie Niemcy - żywcem jak u Marksa i Engelsa. Jakas nowość? Oczywiscie, że nie. Czym innym jednak jest próba przewidzenia czyjegoś celu, a czym innym otwarta deklaracja poparta... wściekłością, że na dzisiaj nic z tego nie będzie.
Europejscy "demokraci", którzy próbowali "obejść" głos obywateli wyrażony w referendach dot. ratyfikacji traktatu (Francja, Holandia) będącego efektem nietransparentnych prac Konwentu... przegrali. Choć nadal "mniejszością" nazywają ludzi, których nie porywa wizja Eurosojuza z XIX w. Wszak nie do pojęcia jest, by większość myślała inaczej, niż siły będące od lat w awangardzie "postępu". Porównanie do archaicznych wizji socjalizmu nie jest tu przypadkowe. Bawi nazywanie konserwatywnego poglądu na priorytety polityki europejskiej właśnie XIX-wiecznym, gdy w rzeczywistości mamy do czynienia z pokojową walką dwóch wizji Europy, pochodzących z podobnych okresów. Oczywiście nastąpiły istotne zmiany w obu nurtach politycznych. Z jednej strony są one efektem globalizacji, a z drugiej osłabienia radykalnych skrzydeł po obu stronach i - wreszcie - przejścia przez europejskie społeczeństwa "progów": industrializacji, elektryfikacji, powszechnej edukacji i informatyzacji. Nie zmienia to faktu, że czynienie z wizji nawiązujących do marksistowskich pomysłów sprzed ponad wieku czegoś wybitnie nowoczesnego jest małą przesadą.
Grudniowy szczyt 2011 pokazał, że Wielka Brytania konsekwentnie zachowuje suwerenność mimo podpisania Traktatu Lizbońskiego.
Można? Można.
Dla odmiany można również się zastanowić, jak by wyglądała nasza sytuacja, gdybyśmy nie przystąpili do Unii, zostając terenem buforowym miedzy nią, a umacniającą się Rosją. Moim zdaniem koszty byłyby podobne - państwa zachodnie poprzez ludzi wpływu w Polsce rozgrywałyby nasze państwo zgodnie ze swoimi interesami tak jak dzisiaj, Rosja dalej trzymałaby je w pętli szkolonych w Moskwie ludzi służb, a Polska... Cóż, jako jedyne państwo regionu nie należące do UE nawet dla krajów bałtyckich stalibyśmy się politycznym stepem, jałową peryferią.
Należąc do UE, mieliśmy możliwość korzystania z pozytywów - zawiązywania lokalnych sojuszy, co świetnie robił Lech Kaczyński, czy wykorzystywania instytucji unijnych w obronie przed politycznymi naciskami Rosji. Charakterystyczna jest tu sprawa embarga na polską żywność, które było reakcją na polskie weto w sprawie nowej umowy o współpracy UE z Rosją. Polski rząd uzyskał wtedy wsparcie m.in. Francji i Litwy. Aż się człowiek dziwi, że tak niedawno były czasy, gdy polska polityka zagraniczna grała na tak wysokich tonach.
Podtrzymuję wcześniejszą opinię, że będąc w UE należy od wewnątrz paraliżować jej socjalizowanie i szukać sojuszników dla budowy Europy Ojczyzn.
Nieporozumienia wokół Marszu - zwłaszcza, gdy ktoś zawłaszcza
Nazwa Marszu Niepodległości i Solidarności faktycznie została dobrana nie najlepiej. Zdecydowanie lepsza byłaby np. Marsz Suwerenności i Solidarności. Cóż, prawdopodobnie w wyniku jakiegoś skrótu myślowego rzuconego przez przedstawiciela PiS w mediach padła ta kalka Marszu 11.11. i dalej już poszło. Przyjrzyjmy się jednak bliżej samemu charakterowi Marszu planowanego na 13.12.
Ma on dwa wymiary - nawiązujący do okrągłej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego oraz będący protestem przeciw zrzekaniu się polskiej suwerenności przez rząd Donalda Tuska, czego symbolem była berlińska wypowiedź Radka Sikorskiego. Marsz ten poparli z jednej strony działacze antykomunistycznej opozycji, z drugiej kluby "Gazety Polskiej", a z trzeciej... wiceprezes stowarzyszenia, które zorganizowało Marsz Niepodległości 11.11., Artur Zawisza. Nad organizacją czuwa środowisko dawnej Ligi Republikańskiej, które zapoczątkowało tradycję pikiet pod domem Jaruzelskiego na ul. Ikara 5. Poza poważną niezręcznością w kwestii nazwy, pojawia się pytanie - gdzie tu "zawłaszczanie"?
Sukces Marszu z 11.11. wbrew świetnemu samopoczuciu organizatorów - którzy nawiasem zupełnie nie sprostali swojemu zadaniu - należy do Seweryna Blumsztajna, o czym świadczy porównanie atmosfery wokół Marszu przed rokiem 2010 i po nim. W 2011 jako bonus mieliśmy awizowaną niemiecką Antifę.
Przy okazji rocznicy wprowadzenia stanu wojennego część z tych samych organizatorów razem z portalem Nowy Ekran, znanym głównie z tego że otwierający wywiad przeprowadził ze szkolonym w sowieckiej Akademii Sztabu Generalnego generałem Wileckim powiązanym z byłymi szefami Wojskowych Służb Informacyjnych urządzają koncert na pl. Konstytucji, po którym chcą poprowadzić widzów pod dom Jaruzelskiego na ul. Ikara. Czyli w miejsce, gdzie od lat jest organizowana pikieta zapoczątkowana przez Mariusza Kamińskiego.
Klimat tych pikiet zawsze był bardzo poważny, pełen zadumy i swoistej intymności. Tymczasem organizowane jest przejście pokoncertowej parady w to samo miejsce, o tej samej porze. Jednym z uczestników tej parady ma być Janusz Korwin-Mikke. Tak, ten sam, na którego łamach Jaruzelskiego wielokrotnie broniono. Dlaczego tam idzie? Jak można wyczytać w ostatnim "Najwyższym Czasie!" głównie przeciw... Jarosławowi Kaczyńskiemu. Do tego jeszcze zaproszenie na tą imprezę zaczyna się od słów "organizatorzy pikiety pod willą generała...". Nowy Ekran to i nowa pikieta. Jeżeli jednak chodzi o zawłaszczanie...
Jest dla mnie oczywiste, że chodzi o ponowną próbę rozwałki prawicy. Taką w stylu tej z roku 1993. Na szczęście dzisiaj jesteśmy silniejsi. I nauczeni doświadczeniem. Szkoda tylko zwiedzionych ludzi prawicy, którzy nie widzą, co nowy ekran wyświetla, bo stoją za monitorem...





0 komentarze:
Prześlij komentarz